Skocz do zawartości

Fotoprzyroda.pl używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej. Dowiedz się więcej Rozumiem

Polub nas na Facebooku!       

x


Zdjęcie

Foto - opowieści


  • Zaloguj się, aby dodać odpowiedź
104 odpowiedzi w tym temacie

#41 obywatel

obywatel
  • Użytkownik
  • 988 postów

Napisano 24 październik 2011 - 22:22

"Na granicy dnia i nocy"

Często obserwuję moją córeczkę, jak każdego dnia poznaje nowe przedmioty, dźwięki, nowe smaki, kształty i kolory. Jak poznaje nowe słowa i zapachy, a wszystko to z ogromnym zaciekawieniem, z pasją i niesamowitym zacięciem. W pewnym sensie mamy w tym względzie wiele wspólnego. Pierwszy rok fotografowania wielkimi krokami zbliża się by zatoczyć koło rocznego cyklu, który w przyrodzie mnie zafascynował całkowicie. Kolejne tygodnie i miesiące były niezwykle bogate w różne spostrzeżenie, pełne doznań i oczywiście przygód. Kiedy robi się coś pierwszy raz, człowiekowi towarzyszy ogrom pytań, wątpliwości. Wszystko wydaje się wręcz nierealne i mocno zagadkowe. Takim wydarzeniem był dla mnie każdy kolejny miesiąc w przyrodniczym kalendarzu. Badanie miejsc, gatunków, sposobów prowadzenia zdjęć. W zasadzie wszystko było nowością. Nie inaczej miało być z jesienią i cudami jej towarzyszącymi. Przyszła do nas tak szybko, że nawet nie zauważyłem jak to się stało. Zniknęły bociany, potem jaskółki i jerzyki. Przestrzeń nad miastem opustoszała i słyszeć się dało jedynie zawodzenie srok i wielkie stada gawronów i kawek. W takim właśnie otoczeniu narodzić się miała ta opowieść.
Celem moich jesiennych wysiłków stał się żuraw, a w zasadzie ich całe stada i zaklęte klucze. To właśnie one też będą głównymi bohaterem całej historii. Potężne wielogatunkowe stada nadciągnęły nad opadające wody zalewu. Niebo i ziemia wypełniły się sylwetkami setek, a może nawet tysięcy ptaków. Wydawało się, że to miejsce jeszcze nigdy nie tętniło tak życiem. Sporo czasu minęło odkąd moja stopa nocami przedzierała się przez zapomniane trzcinowiska. Rykowisko i budowa zimowej budy pochłonęły ostatnie kilka tygodni. Całe jesienne przedsięwzięcie poprzedziło czytanie artykułów, opowieści, relacji i wszystkiego co mogłoby dać mi minimalną przewagę, jakąś wskazówkę i pomogłoby w wykonaniu postawionych założeń. Jakie one były? Chyba chciałem po prostu poznać te ptaki bliżej, obcować z nimi, poczuć jak żyją, zbliżyć się i jeżeli się uda uwiecznić je jakąś skromną fotografią. Do dzisiaj pamiętam jak tata zabrał mnie pewnego wiosennego poranka, na zalaną mgłą łąkę Pamiętam jak opowiadał mi o niezwykłym śpiewie, o hymnach żurawi. Nie zapomnę wrażenia jakie wywarł na mnie tamten dzień, kiedy ciszę osnutej mgłą łąki rozpruło pełne tragizmu ale i niezwykle romantyczne zawodzenie pary żurawi, wtedy usłyszałem klangor po raz pierwszy. Minęły lata, a ja mając już aparat myślałem w jaki sposób zbliżyć się do nich.
Wiosną tego roku kilka przygotowanych stanowisk kompletnie nie dało rezultatów, widziałem przelatujące ptaki. Raz kroczyły gruchając sobie tuż nieopodal, otoczyły mnie z tyłu nie ukazując się mym oczom. Wiosna minęła bezpowrotnie, żurawie stały się ciche, wręcz niewidzialne. Co jakiś czas gdzieś w oddali widziałem je żerujące pod lasem. Czasem widziałem lecące klucze. Wraz z końcem lata, czatując na bociany i czaple, żurawie znów zaczęły o sobie przypominać. Co raz głośniej zawodziły o poranku, obwieszczając miejsce spotkań. Temat żurawi zagościł w mojej głowie na nowo.
Stało się dla mnie jasnym, że miejscem naszego spotkania będzie sypialnia tych mitycznych postaci. Trzeba tą sypialnie zatem było znaleźć. Pierwsze jesienne zasiadki przygotowałem pod kątem rozpoznania ogromnego obszaru. Ten oferował żurawiom pełno, wiele wariantów, czasem trudno dla mnie dostępnych. Jak zwykle pojawiło się mnóstwo pytań w mojej głowie. Zaczęła się moja przygoda, która miała się stać życiem na granicy dnia i nocy. Wschód i zachód, niczym bracia połączeni nocą. Wspaniałe zjawiska, szczególnie jesienią kiedy ciepło dnia przeplata się z zimnem nocy. Mgły suną po bagnistym dnie zalewu, a klangor pięknie uzupełnia akustycznie tą ucztę dla oczu.

124.
Dołączona grafika

Dni, a w zasadzie noce spędzane na osuszonym zalewisku obfitowały w doznania, które czasem przechodziły przez ciało niczym prąd. Wydeptana wąska ścieżka prowadziła tuż nad korytem niewielkiej rzeki, teraz wyraźnej, lecz latem gdy woda jest wysoka, połączonej z resztą zalewu. Brzeg wysoko spadał w dół na wysokości przynajmniej metra. W dole ciągnęła się mętna wstęga rzeki, sprawiała wrażenie jakby ktoś od spodu ją podgrzewał, smugi mgły unosiły się nad korytem skrywając dalsze miejsca. Było całkowicie ciemno, chmury wysokiego pułapu gdzieniegdzie przepuszczały zimny blask księżyca i gwiazd. Idąc powoli starałem się wypatrywać wszystkiego co mogło się przydać, tropów, wskazówek, informacji. Latarka leżała w kieszeni, tak na wszelki wypadek. Stawiając kolejne kroki usłyszałem pojedynczy chlupot wody, potem następny i następny, wnet zrodził się w setki plasknięć wody, płynącej tuż obok mnie. Nie miałem pojęcia co to mogło być? Zaświeciłem latarkę, bo mgła przysłaniała koryto i ciężko było cokolwiek ocenić. Snop światła uderzył w mikroskopijne kropelki wody i odbił się z dużą siłą, na niezbyt wiele się zdała. Zobaczyłem jednak dziesiątki migających istot. Ich srebrne ciała, pokryte łuskami odbijały promienie, sprawiając wrażenie tańczących świetlików. To ryby wyskakiwały z wody w jakimś szalonym pędzie ku nieznanemu. Wystraszone moimi krokami? Tego nie wiem, ale przydarzyło mi się to jeszcze kilkakrotnie, robiły to tylko w nocy. Było ich setki, zagęszczonych w wąskim korycie niewielkiej rzeczki. Tajemnica wyjaśniła się kilkadziesiąt metrów dalej.

125.
Dołączona grafika

Spuszczana woda u wylotu rzeki utworzyła mieliznę, wyjątkowo płyta woda stała się zbyt dużą przeszkodą dla większości zamkniętych w pułapce ryb. Wylot rzeczki dawał dość szerokie możliwości obserwacyjne, stąd rozpościerał się piękny widok na bezkres ogromnego dna. To miejsce wydało się idealne na pierwsze rozpoznanie. Idąc w ciemnościach po bagnistej mazi przeszył mnie krzyk, wydany z taką przerażającą furią, że przypominał okrzyk jakiejś strzygi, wiedźmy która zaszyła się w tym odludziu by czynić swoje tajemne rytuały. Czapla wybiła się w powietrze, kilka metrów ode mnie, zaskoczona moją postacią, poczęstowała mnie tym strasznym krakaniem. Uśmiech rozciągnął się na mojej twarzy, to właśnie jest kwintesencja takich miejsc. Każdym zmysłem da się posmakować tej krainy. Zatrzymałem się, do wschodu jeszcze kilka godzin, odpoczynek nie zaszkodzi. Oddech i bicie serca spowolniły. Człowiek spędzając regularnie czas samemu, w takich miejscach staje się poniekąd ich częścią, staje się trochę niczym dzikie zwierze. Słuch i węch się wyostrza, oczy zaczynają dostrzegać niezauważalne przedtem rzeczy. Czasem siedzę tak chwilę zanurzając się w otaczającym świecie, można mieć momentami wrażenie że cały spektakl jest fizycznie namacalny, że można go dotknąć i posmakować.

126.
Dołączona grafika

Wraz z powiewem wiatru woń rozkładających się szczątków zwierząt, roślin i mułu z dna, obnażonego przed paroma dniami wypełniała płuca. Kiedyś mi to przeszkadzało, teraz poczułem, że strasznie tęskniłem za tym miejscem, za przygodą, za spotkaniem z władcami tej krainy.
Nie minęło dużo czasu, może 30 minut kiedy siwa wylądowała na przedpolu mojego stanowiska. Było jeszcze trochę do wschodu, a światło właśnie przechodziło z ciemnego granatu, w niebieskość zalewającą całą okolicę. Nogi krzesełka ugrzęzły w bagnie, każdy ruch nogą rozbrzmiewał echem odsysanego buta, siedziałem więc w bezruchu. Zrobiłem kilka ujęć, gdy niebo przecięła sylwetka kolejnej czapli, tym razem dużo subtelniejsza biała niczym śnieg, wylądowała 50 metrów z prawej, prosto w ciemną maź, zupełnie nie pasującą do jej bijącej łuną czystości.

127.
Dołączona grafika

128.
Dołączona grafika

Siwa zbliżała się do mnie, stawiając kroki powoli i z rozwagą. Dno było niestabilne, zdawało się że ona o tym doskonale wie, gdzieś zza pleców dobiegł mnie skrzek innej siwej, nie tak mrożący krew w żyłach jak ten z nocnego spotkania, wystarczający jednak bym bezbłędnie określił gatunek. Świt zaczął się na dobre. Mgła przesuwała się napędzana lekkim wiaterkiem po tafli wody, tam gdzie wyjść miało słońce, barwy zaczęły cudownie przechodzić najpierw w jasny błękit i stopniowo w róż, by wreszcie zalać się mocnym pomarańczowym ciepłem. Wschód to jednak magiczna pora, wyjątkowa pod każdym względem, to początek czegoś nowego, to prawdziwy spektakl natury, wypełniony setką barw, śpiewem ptaków, szumem wiatru. Każdy wschód jest inny, każdy jest wyjątkowy. Ten na pewno taki był.

129.
Dołączona grafika

130.
Dołączona grafika
131.
Dołączona grafika

Czaple nagle odleciały, jakby spłoszone. Tak o to zostałem sam. Tuż przed pojawieniem się słońca usłyszałem długo wyczekiwany klangor, niedługo potem klucze żurawi zaczynały przecinać niebo, było ich dziesiątki. Leciały z każdej strony, z sinej dali skrytej całunem ciemności. Czekałem jednak na stado, które chóralnie oznajmiało początek dnia gdzieś niedaleko. Znad wierzbowego lasu 200 metrów ode mnie wyłoniła się eskadra tak oczekiwana. Piękne sylwetki z lekko zagiętą w dół szyją, rozpostarte skrzydła uderzały w powietrze. Widok niezapomniany, zwłaszcza na tle rozpalonego karmazynem nieba, co chwilę słychać było zawodzenie klucza. Pierwsze rozpoznanie dobiegło końca.
Było popołudnie, kiedy słońce powoli przechyliło się na zachodnią rubież zalewiska, objuczony sprzętem maszerowałem spokojnie znaną mi już drogą, mijając kilkunastu wędkarzy, wszystkich z dziwnym zacięciem na twarzy. Tępili ryby odcięte od życia mielizną. Tam przekroczyłem rzekę i ruszyłem w głąb zalewu, na bezkresne równiny odsłoniętego dna. W stronę skąd prawdopodobnie startowały klucze. Droga przebiegała po cmentarzysku ślimaków, małż i innych skorupiaków, wodery zapadały się na kilka, czasem kilkanaście centymetrów. Sam widok zapierał dech w piersiach, ledwo widoczne brzegi, płaszczyzna która wydała mi się ogromna, trochę niczym księżycowy krajobraz.
Pogoda była piękna, brak jakichkolwiek chmur, noc zapowiadała się mroźnie, a ja miałem ją spędzić samotnie tam gdzieś na bezkresie zalewiska. Ułożyłem wszystko na swoim miejscu i teraz pozostało już tylko czekać. Daleko gdzieś na głównym nurcie, który niczym ostatni bastion rybiego królestwa nie poddał się opadającym wodom, pływało stado nurogęsi, z prawej białe czaple tańczyły w rytmie wiatru, który momentami wręcz zatrzymywał je w powietrzu. Pojawiły się też bieliki, daleko patrolowały okolicę niskim lotem, wzbudzając swoją nadlatującą sylwetką harmider i popłoch w żerującym ptactwie. Czaple, mewy, czajki i inne wzbijały się w powietrze, w obawie przed atakiem orła. Kiedy tak cała gawiedź krążyła wokół lecącego powoli bielika, wydał mi się jeszcze większy niż zwykle, potężne deskowate skrzydła leniwie mieliły powietrze, jakby z trudem utrzymując cielsko drapieżnika w powietrzu.

132.
Dołączona grafika

133.
Dołączona grafika

134.
Dołączona grafika

Popołudnie mijało, a ja ukryty już czekałem na tych właściwych przybyszów. Z tego miejsca sypialnię żurawi zobaczę na pewno, pytanie jak daleko od obiektywu? Już niebawem wszystko miało się wyjaśnić.
Ponieważ front skierowany był na południowy - zachód mogłem podziwiać przepiękne zakończenie dnia. Co raz cieplejsze barwy zaczęły zalewać okolicę, cienie stały się łagodne, kolory zdecydowanie subtelniejsze.
Pierwsze pojawiły się gęsi. W zasadzie niespodziewanie! Z nieba spadło kilkadziesiąt gęsi w paru kluczach. Całe widowisko dotarło do mnie dopiero w momencie, kiedy do uszu dotarł istny jarmarczny harmider, totalnie zlane w ścianę dźwięku setki odgłosów i gęsiej paplaniny. To nawet trudno opisać. Zdawać by się mogło, że nie panuje w tym całym zamieszaniu najmniejszy sens logiczny i porządek, że wydawane przez nie dźwięki są przypadkową zbieraniną różnych sylab. Zapewne tak jednak nie jest. Gęsi pokazały mi w tym roku, że są to ptaki czujne, inteligentne, a przede wszystkich stadne, o wysoko rozwiniętej współpracy między poszczególnymi osobnikami. Cała ta gawiedź lądowała w świetle zachodzącego słońca kilkadziesiąt metrów przede mną. Cóż to był za widok. Niebo rozpalone czerwienią, pięknie i stopniowo rozlanej po długim pasie horyzontu, a na tym tle co rusz sylwetki lądujących gęsich kluczy. Dziesiątki, a potem już chyba setki. Morze gęsich szyi i głów wypełniło horyzont. Nie pamiętam ile to trwało, ale gęsi nie skończyły lądować, gdy usłyszałem w oddali piękny hejnał żurawich zastępów.
Leciały kluczami po kilkanaście sztuk, ponownie z różnych kierunków. Tak wyczekiwane i upragnione spotkanie zaczynało być co raz bardziej realne.

135.
Dołączona grafika

136.
Dołączona grafika

137.
Dołączona grafika

138.
Dołączona grafika

139.
Dołączona grafika

Pierwsze żurawie pojawiły się po gęsiach jakiś czas, nie wiem ile dokładnie to trwało. Czas przestał mieć znaczenie, a w zasadzie zaczął płynąć innym rytmem. Zatoczyły krąg nade mną, oblatując cały obszar. Niestety usiadły daleko, 200 może 300 metrów z lewej. Wybrały na nocleg pas błotnistego dna nad opaską czynnego jeszcze koryta wody. Kolejne klucze dołączały do nich. Jeden za drugim, lądujące stada kierowały się na wybrany przez czujkę nocleg. Słońce już dawno schowało się za horyzont pozostawiając po sobie jeszcze intensywną czerwień nieba. Panował straszny wrzask, miałem wrażenie że mógłbym rozmawiać w tamtym momencie przez telefon, bo w tej kakofonii dźwięku i tak by nic nie usłyszały. Nie zaryzykowałem jednak. Nadal bacznie obserwując niebo w nadziei, że kolejne klucze wylądują bliżej. Obiektyw sterczał bezczynnie skierowany na południowy-zachód. Z napiętymi do granic możliwości zmysłami, starałem się ocenić sytuacje. Po mojej lewej zebrała się już bardzo duża grupa, na pewno około setki. Na horyzoncie daleko przede mną widzę inną grupę, która noc spędzi pod Wierzbowskiem, tak mi się przynajmniej wydaje, choć trudno oceniać odległości na takiej przestrzeni. Nad przeciwległym, brzegu zalewiska, na wysokiej skarpie ktoś wybudował ładną stodołę, pokrytą czerwoną blachą. Widać, że to nowy budynek, bo jasna ściana odznacza się wyraźnie od ciemnej plątaniny drzew i zarośli. Nieco wyżej na niebie, pojawiają się punkciki. Nie widzę ich gołym okiem. Przez obiektyw jednak już dość wyraźnie. Gęsi albo żurawie. Idą w potężnej eskadrze. Jakieś 40 może więcej osobników. Wyglądają jak samoloty wroga, lecące na niskim pułapie, tuż przed atakiem na jakiś ważny cel. Z każdą chwilą punkty się przybliżają, już widzę że to żurawie. Kierują się w moją stroną! Tuż przed lądowaniem eskadra rozbija się na małe grupy, które lądują samodzielnie. Kilkanaście żurawi siada po mojej lewej, lecz dużo bliżej. Jakieś 70 metrów, na pasie ziemi nasadzonego w widłach koryta. Postanowiłem nie ruszać aparatu, nie będę fotografował teraz, niech się rozluźnią, uspokoją, niech poinformują resztę, że tutaj jest bezpiecznie. W nocy obrócę stanowisko i nad ranem może uda się uzyskać jakieś kadry. W doborze miejsca pomyliłem się o jakieś 50-100 metrów. To był ważny moment dla mnie, przełamałem pewną granicę. Teraz wystarczy tylko popracować dokładniej nad miejscem. Brzmi prosto, takie jednak nie będzie. Sama pora dnia wydała mi się absurdalna, słońce już dawno zaszło, kształty i detale zaczęły się zlewać w nadchodzącej ciemności. Jak ja mam zrobić zdjęcie? Do tego wszystkiego miejscami, nad wodą unosiła się mgła. Widok piękny, ale warunki marne na wykonanie czystego, dokładnego zdjęcia. Praca z żurawiami, jakakolwiek w tym roku była, to również nauczka i doświadczenie w komponowaniu obrazów przy nikłym świetle. Praca na manualnych nastawach aparatu, z wężykiem spustowym. To dodatkowa trudność, z jaką trzeba się zmierzyć fotografując na granicy dnia i nocy.
Tymczasem cudownie je było podziwiać, jak kroczą dostojnie w grupach po płyciznach wody. Ich długie nogi przypominały trzcinowy las. Zgrabne szyje i te niesamowicie długie pióra skrzydeł, ogona poruszane wiatrem. Co chwilę okolicę zalewało bogactwo dźwięków, najróżniejsze sylaby od ciepłych niskich tonów, do wręcz metalicznie brzmiącego hejnału. Kiedy któraś para oznajmiała swoją obecność, odrzucała głowy do tyłu w synchronizowanym geście i grała jedną z najpiękniejszych serenad jakie moje uszy słyszały. Miejsce jeszcze niedawno puste, martwe, wręcz o księżycowym charakterze nabrało życia i ponętnej magii.
Na przedpolu pojawił się łęczak, potem jeszcze jeden. Z zanurzonym dziobem aż po nasadę, spacerował jakby w przyśpieszonym tempie. Nieopodal wylądowała czapla biała. Gęsi mimo, że nadal słyszalne, uspokoiły się nieco. Żurawie natomiast co jakiś czas w niewytłumaczalny sposób jednocześnie w kilkanaście gardeł dęły w trąby jerychońskie.
Właśnie w takim otoczeniu zapadła noc. Noc trudna dla mnie, zmęczony po poprzedniej nocce organizm zaczynał domagać się snu. Najpierw ta potrzeba była odczuwalna, lecz do przezwyciężenia, później jednak stała się nie do zniesienia. Godziny wlekły się jak nigdy. Zachód o 17.54, wschód o 6.45. To prawie 11 godzin. Podparty w jakiejś karkołomnej pozycji zasnąłem.
Obudził mnie powiew chłodnego wiatru, który dostał się do środka przez lewy wziernik. Przeszył zimnym dreszczykiem i z prawej poleciał dalej. Odkleiłem oczy, było tuż przed północą. Wokół panowała prawie całkowita cisza, słyszałem pojedyncze żurawie, które jakby sprawdzały swoją obecność, czasem któraś gęś się odezwała, poza tym zupełna cisza. Sen kompletnie nie pomógł, wręcz przeciwnie! Zaczynałem być rozdrażniony, bardzo potrzebowałem odpoczynku. Na nogach jestem już prawie 24 godziny. Cały dzień w terenie, brak ciepłej strawy i wypoczynku co raz bardziej przeszkadzał. Tuż po pierwszej w nocy nastąpił przełom. Odkryłem w ciemnościach, że obiektyw sterczy do góry. Śruba na statywie nie była dobrze dokręcona i puszka swoją masą przeważyła zestaw. Ten mimo, że nadal przytwierdzony do statywu, uderzył z całym impetem w błotnistą maź wizjerem kątowy. Miałem go od kilku dni. To było już dla mnie za wiele.
Gdyby ktoś wtedy w nocy obserwował bezkresne dno zalewiska dostrzegłby nikłe światełko gdzieś na środku tego pustkowia, ale pewnie nikogo tam nie było. Nikogo poza zastępami żurawi, gęsi i Bóg wie jeszcze jakich stworzeń. Latarka rozświetliła wnętrze namiotu. Spojrzałem na wizjer i żal zalał mi serce, był całkowicie oblepiony mułem, szlamem pomieszanym z gliną. Spakowałem aparat i wyszedłem zrezygnowany z namiotu. Musiałem się przespać i spróbować wyczyścić wizjer. Starałem się zrobić to cicho. Do pokonania było jednak 30 metrowe koryto wody. Zrobiłem krok naprzód i pierwszą nogą byłem już w wodzie, w tym samym momencie setki gardeł wydało ostrzegawczy ton, usłyszałem zastępy ptasich skrzydeł zahaczających o wodę i mielących powietrze. Do góry zerwała się gęsia horda, za nią poczęły się wzbijać w powietrze żurawie, najpierw te bliższe, później te z dalszych okolic. Poniosłem podwójną klęskę.
W aucie zasnąłem tak szybko, że nawet nie wiedziałem kiedy. Obudziłem się długo przed świtem. Dwie godziny snu, ale jak dużo dały. Wygodny samochód był zbawieniem. Wizjer jednak był całkowicie zabrudzony. Ruszyłem przed siebie w zalegające ciemności. Bez światła, obym tylko znalazł namiot pomyślałem. Na żurawie już nie liczyłem, może czapla podejdzie o świcie, może łęczak. Zrezygnowany nieco i zły, ekspedycja zrobiła się dość kosztowna. Niebo pokryła ciężka warstwa chmur, nie widziałem księżyca, nie widać też było ani jednej gwiazdy. Powietrze zrobiło się wilgotne i nieprzyjemne. Pogoda wisielca.
Mimo ciemności udało mi się dotrzeć na miejsce dość sprawnie, namiot wyraźnie odcinał się sylwetką na idealnie płaskim dnie. Wszedłem do środka, rozstawiłem aparat i czekałem na wschód.
Ten przywitał mnie tamtego poranka był zdecydowanie skromny w swoim objawieniu. Słońce nie wzeszło spektakularnie poprzedzone istną mozaiką kolorów rozpostartych na horyzoncie. Tym razem po prostu robiło się widniej z każdą chwilą, a świat był pogrążony w jednostajnej szarość. Szybko zorientowałem się, że gęsi nie ma. Nie widziałem też żurawi, nie było łęczaków. Miejsce znowu stało się martwe, całkowicie opustoszałe.

140.
Dołączona grafika

141.
Dołączona grafika

142.
Dołączona grafika

143.
Dołączona grafika

144.
Dołączona grafika

145.
Dołączona grafika

146.
Dołączona grafika

147.
Dołączona grafika

148.
Dołączona grafika

149.
Dołączona grafika

150.
Dołączona grafika

W oddali zastępy żurawi budziły się i oznajmiały początek dnia, ten nadchodził cicho i wręcz niezauważalnie. Nagle dostrzegłem klucz, niezbyt duży, najwyżej kilka sztuk. Poderwały się w oddali i teraz kierowały się w moją stronę. Wylądowały po mojej lewej, może 70 metrów. Serce zabiło mi mocniej, może istniała jeszcze szansa? One jednak nie zabawiły długo i kilkanaście minut później, poprzedzając start pięknym hejnałem, odleciały na żerowiska. Na wodach wokół mnie zaczął się jednak ruch. Oto naleciały klucze nurogęsi, do nich dołączyły mewy, w oddali zobaczyłem czaple. Zaczęło się polowanie na ryby. Zaganiane w pułapki, na mielizny systematycznie były tępione przez latające bądź nurkujące ptactwo. Gdy tylko któremuś udało się pochwycić okonia, czy leszcza, reszta gawiedzi rzucała się na zdobywcę z impetem i straszną zawziętością. Dało mi to pewną możliwość na zdjęcia, skromną co prawda ale zawsze. Tak na otarcie łez, po nocnej katastrofie.
Gorzkie doświadczenia, ale też zdobyta nowa wiedza. Starałem się myśleć pozytywnie i wracając do samochodu opracowywałem scenariusz następnego spotkania z pięknymi żurawiami. Tak, wiedziałem że ostatniego słowa jeszcze nie powiedziałem, choć ptaki to niezwykle czujne, wymagające potężnego nakładu sił, zawziętości i czasu.

151.
Dołączona grafika

152.
Dołączona grafika

Dni stawały się co raz krótsze, z przerażeniem oglądałem jak słońce zachodziło przy popołudniowej kawie. Kilka wyjazdów służbowych, trochę prac domowych i szykowanie zimowiska. Musiałem też się odpowiednio wyekwipować. Minęły dwa tygodnie i mogłem ruszyć przed siebie. Zachód i wschód zapowiadały się widowiskowo, prognoza wręcz idealna. Lekkie mgły, duże ciśnienie i przymrozek w nocy. Podjechałem do rodziców po śpiwory, trzeba było się śpieszyć. Przynajmniej półtorej godziny przed zachodem chciałem już być na stanowisku. Mama uściskała mnie na pożegnanie i wręczyła magiczną buteleczkę z nalewką własnej roboty, tak na rozgrzanie. Humor miałem wyśmienity. Zapomniałem już o porażce. Teraz liczyły się tylko żurawie.
Było piękne sobotnie popołudnie kiedy dotarłem na miejsce. Plan był jasno wytyczony, spędzam z nimi całą noc. Kilkanaście godzin na leżąco, w tym wszystkim miała mi pomoc nieprzemakalna norka, w której karimata i dwa śpiwory miały dać ciepło. W teorii jak zwykle wszystko wydało mi się niezwykle proste. Zmierzałem w miejsce moich ostatnich zmagań, oczywiście planowałem wprowadzić poprawkę na miejsce, w którym tak licznie zgromadziły się żurawie ostatnim razem. Kiedy dotarłem na miejsce, jak zwykle pojawiło się mnóstwo możliwości, znowu cała masa pytań. Ustawiłem front norki dokładnie na zachód, wzdłuż brzegu tlącego się jeszcze życiem koryta rzeki. Liczne tropy wskazywały, że żurawie na pewno tu przebywają. Rozłożyłem wszystko na miękkim bagnistym dnie, ostatnie chwile przed wejściem. Ostatnie spojrzenie na świat wokół, zbliżała się godzina 16, więc czas było się schować.
W najbliższej okolicy nie było dużo życia, w oddali widziałem bieliki, rybołowa, mewy i czaple, ale wszystko bardzo daleko. Ja czekałem na tych jedynych, specjalnych przybyszów. Niebo powoli zaczęło układać się do snu, czym niżej słońce pochylało się nad horyzontem, tym więcej złotych i pomarańczowych przebłysków pojawiało się na niebie. Bardzo tęskniłem i wyczekiwałem tego momentu, teraz kiedy leżałem w samotności, czułem jak uwalniam się od wszelkich nici jakie łączą mnie z miastem. Na tą jedną noc stawałem się bardziej jak one, niż jak goniący w pędzie codzienności człowiek. Cieszyłem się, że mogłem to przeżywać, że życie póki co daje mi możliwość obcować takich miejscach, w taki sposób. Jestem świadom, że nie każdy może to robić, nie każdy chce. Ja jednak tam byłem i przez następne 16 godzin miałem być tylko ja i one. To był piękny zachód, mimo że kolejny jaki miałem okazję podziwiać, to jakże wyjątkowy. Najpierw ta bijąca z całą siłą ruda, płonąca wręcz pomarańczowa łuna, potem zalewająca się krwistą czerwienią. Smugi kondensacyjne niezwykle kontrastowe, odcinały się jasnym tonem. Po co człowiek wymyślił abstrakcje? Po co poszukiwać nowych nurtów w sztuce, czy można znaleźć lepiej wyważone barwy niż w przyrodzie?
Zanim słońce na dobre schowało się za wierzbowym lasem, usłyszałem znajome gęganie. Salwy z broni gładko - lufowej co jakiś czas z łoskotem przecinały ich pieśń. Jak uderzenie ręką w stół zdenerwowanego ojca, który chce okazać swój gniew i władzę. Każdy ten strzał napawał mnie odrazą i wstrętem, życzyłem im powodzenia, szczęścia w przetrwaniu tej kanonady. Widziałem klucze na tle tego fantastycznego fresku, jaki rozciągał się ponad horyzontem. Całe mnóstwo kluczy, szły od zachodu i północnego zachodu. Kierowały się w miejsce, w którym spały ostatnio. To miejsce mimo, że niezbyt odległe pozostawało poza moim zasięgiem. Wszystkie gęsi lądowały na mojej prawej flance, tam gdzie szkło nie miało dostępu. Niedługo potem zobaczyłem pierwsze żurawie. Leciały w zwartym szyku, jakże cudowanie prezentowały się w tym majestatycznym kluczu. Zaczynało się zlotowisko.

153.
Dołączona grafika

Lądowały grupami, najpierw siadały daleko, lecz kolejne co raz to bliżej. Z przerażeniem jednak stwierdziłem, że cała gawiedź zajmuje rewir za moimi plecami, tam gdzie stacjonowałem ostatnio. Widzą zmianę, widzą że coś leży na ziemi. Boją się pomyślałem. W niedługim czasie za mną było już co najmniej kilkadziesiąt sztuk. Klangor zdawał się wręcz łaskotać mnie swoją bliskością, czułem go w powietrzu. Kiedy jednak spoglądałem za siebie, widziałem że odległość nadal jest duża. Były niespokojne, jakby nadal nie były pewne miejsca. Co jakiś czas mała grupa zrywała się w powietrze i odlatywała w inne miejsce. Sytuacja była nerwowa, chciałem zachować się jak najdyskretniej, ale jednocześnie nie mogłem się opanować, by nie patrzeć. Ruchy w norce muszą być widoczne, a powietrze stało jakby zatrzymane niewidzialnym mechanizmem. Co raz większy mrok pogrążał to niezwykłe przedstawienie. Niektóre żurawie tańczyły w jakimś tajemnym rytuale, jednocześnie odrzucając głowy i wspaniale śpiewając, zataczały kręgi wokół siebie emanując miłością. To całkowicie nierealne jak bogate są gesty żurawi, bogate w emocje, gniew i miłość. Czasem któryś wręcz rzucał się z rozpostartymi skrzydłami na konkurenta, długie nogi komicznie napędzały ptaka z niewyobrażalną prędkością. Słyszałem jak szumi powietrze uderzane skrzydłami kolejnych lądujących żurawi. Gdzieś w oddali usłyszałem nagle przerażający pis ptasich zastępów, to pewnie człowiek obnażył swą postać blisko jednego z noclegowisk. Nagle północny horyzont zalała plątanina sylwetek ogromnej lecącej grupy. Nadciągały w moją stroną. Kiedy były niedaleko zaczęły się rozdzielać, część wylądowała w grupie żurawi tuż za moimi plecami. Samiec i samice z dwójką młodych naprawdę blisko, może 40 metrów. Długo jeszcze towarzyszyły nam rozmowy gęsi i żurawi, w zasadzie całkowita cisza nastała po 21. Wtedy też zasnąłem.
Obudził mnie chłód, spojrzałem na zegarek, była 1 w nocy. Odpiąłem norkę i wystawiłem głowę. Uderzył mnie oszałamiający blask księżyca i setek gwiazd. Niebo wręcz skrzyło się zimnym i pięknym światłem, poczułem w płucach chłód wciąganego powietrza, cały byłem pokryty lodem. Spojrzałem na telefon, w śpiworze tak by nie było widać światła, a tam wiadomość od taty: „idź do samochodu, w nocy ma być -5 stopni.” Cóż jak na taką temperaturę to naprawdę nie było źle. Rozłożyłem drugi śpiwór, z przerażeniem odkryłem, że zamek jest popsuty, nakryłem się więc nim tylko. Napiłem się magicznego płynu od mamy, poczułem jak ciepło zalewa mi brzuch. W oddali widziałem skulone sylwetki sporego stada. Co jakiś czas słyszałem jednak pojedyncze, ciepłe gruchanie żurawia. Schowałem się i zasnąłem.
Dziwne sny miałem tej nocy, mimo tego jednak czułem się naprawdę dobrze kiedy otworzyłem kolejny raz oczy. Była 5.30. Czas na korektę miejsca. Bardzo delikatnie opuściłem norkę i obróciłem ją o 180 stopni, jednocześnie podciągając parę metrów w stronę, gdzie spało stado. Najciszej jak się dało wsunąłem się ponownie do swojej norki i nalałem sobie herbaty. Najbliższe godziny miały być kluczowe, jak dotąd nie miałem ani jednego zdjęcia żurawia, a w komputerze tylko jedno wykonane w ogóle i do tego lecących ptaków.

154.
http://img26.imagesh...88/21438413.jpg

155.
http://img685.images...56/75367763.jpg

156.
http://img3.imagesha...05/86935919.jpg

157.
http://img15.imagesh...42/26139635.jpg

158.
http://img11.imagesh...87/17563963.jpg

Stawało się co raz widniej, kolejny wschód jaki Bóg dał mi podziwiać. Jak mało znany przez większość ludzi zamieszkujących to pełną piękna Ziemię. Zwłaszcza kiedy jest się w takim miejscu, można poczuć wyjątkową moc chwili. Słowa nie są w stanie do końca przekazać tego co ujrzałem tamtego poranka. Słońce wschodziło długo, mroźne powietrze miało idealną przejrzystość, idealną do fotografowania. Na statywie drzemał najcięższy mój zestaw, długi ale również ciemny. Nie było mowy u użyciu jakiejkolwiek automatyki. Zobaczyłem przed sobą rozpostartą ścianę ptaków. Zaczynały się pojedyncze sylaby pięknego porannego śpiewu, te stopniowo przeradzały się we wzmożony mnogością gardeł harmider. Niebawem żurawie zagrały swoją melancholijną pieśń. Gdyby chcieć przypisać jej epitety, to na pewno można by powiedzieć, że jest pełna nastroju, mistycyzmu, może nawet jest niesie ze sobą jakiś smutek. Na pewno jednak, to jedno z najcudowniejszych zjawisk w przyrodzie. Dziesiątki, setki żurawi budzących się do życia wraz z nastaniem dnia. Kolory nieba towarzyszące temu przedstawieniu nie mogły być piękniejsze, tak mi się przynajmniej wydawało. Fiolet i purpura zalały świat, czyniąc go bajkową krainą. Wszystko stało się nierealne, ja czułem się nierealnie. Mogłem tutaj być i podziwiać ten dar natury. Wszystko odbywało się na moich oczach. Poranna toaleta, zaloty i waśnie, wszystko to było niczym rytuał, obcowałem z nimi, wytrzymałem noc by przez kilka porannych chwil podziwiać to magię w czystej poci. Kolejne klucze podrywały się w powietrze, kolejne ptaki opuszczały mnie lecąc na żer. Jeszcze parę chwil i słońce na dobre wystawi swój rozpalony pierścień zza horyzontu. Na wodzie unosiła się lekka mgła, dech w piersiach zapychało. Zobaczyć Neapol i umrzeć? Autor tych słów nie widział tego co ja. O 11 dotarłem do samochodu, wypełniony doznaniami, choć nie do końca zadowolony ze zdjęć. Nie dane mi było poczuć bliskości żurawia, bliskości kilkunastu metrów. Wszystkie zdjęcia wykonałem w trudnych warunkach, z dużej odległości. To było jednak wszystko co miałem o żurawiach i byłem z tego dumny.

159.
http://img683.images...94/24135592.jpg

160.
http://img155.images...43/24470392.jpg

161.
http://img696.images...74/29068195.jpg

162.
http://img683.images...66/38936657.jpg

163.
http://img717.images...12/59145234.jpg

164.
http://img215.images...80/17420171.jpg

165.
http://img163.images...13/27015586.jpg

Miał to być ostatni mój pobyt w tej krainie czarów. Nie minęły jednak dwa dni jak zacząłem myśleć i rozważać kolejną ekspedycje. W czwartek wyszedłem wcześniej z pracy, tak żeby na miejscu być najpóźniej parę minut po 15. Wydawało mi się, że w głowie sobie wszystko ułożyłem, ale znowu sterczałem na miejscu z wielkim plecakiem i nie mogłem zdecydować się na miejsce. Wybór w końcu padł. Teren wyjątkowo mokry, tuż nad brzegiem koryta, tam gdzie dno spijało jeszcze wodę i było nią obficie nasączone. Wyciągnąłem nogę i zobaczyłem z przerażeniem, że otwór natychmiast napełniał się ciemną oleistą cieczą. Nie było czasu dłużej się zastanawiać. Kierunek północ, przy odrobinie szczęścia uchwycę żurawie wraz z odbiciem w wodzie. Tego dnia niebo było niczym kapryśny książę. Przeplatały się ciemne, burzowe chmury, pomieszane z tymi o zabarwieniu mleka, gdzieniegdzie widać było błękit czystego sklepienia. Chmury sunęły szybko, momentami zmieniając kierunek. Na horyzoncie od zachodu nadciągała wyjątkowo ciemna, napełniona granatem. Smugi lecącego deszczu wyglądały jak nieśmiało nakreślone linie. Szła prosto na mnie. Rozbiłem stanowisko, ostatnie spojrzenie na świat wokół i czas było zamknąć się w swoim małym ukryciu. Była 15.45! Nie minęło długo, jak woda przede mną podskoczyła rytmicznie od uderzeń kuleczek gradu. Pas wzburzonej wody szybciutko zbliżał się do mnie. Usłyszałem szum uderzeń w tropik. Rozpętała się gradowa burza. Cóż za początek pomyślałem. Na prognozie, pogoda faktycznie nie gwarantowała stabilności ale żeby burza? Szaleńczy wiatr zerwał się targając moim ukryciem. Kiedy stwórca uciszył swój gniew, wyszło piękne słońce. Niebo nadal poprzeszywane chmurami, nadal wiatr zwodził za mocno, ale przynajmniej miałem słońce.

166.
http://img845.images...93/24072246.jpg

167.
http://img89.imagesh...08/76986565.jpg

168.
http://img855.images...29/11048287.jpg

169.
http://img231.images...90/94193407.jpg

170.
http://img847.images...91/35504508.jpg


Tym razem gęsi się nie pojawiły, nie widziałem też czapli białych, rycyków, łęczaków. Bezkres pustki poruszył mnie i nagle uświadomiłem sobie, że oto jestem naocznym świadkiem zbliżającej się zimy. Nie pamiętam, o której pojawiły się pierwsze klucze, było jednak po zachodzie. Ten jak zwykle zagwarantował poetyckie barwy i uruchomił wyobraźnie wspaniałymi malunkami na niebie. Udekorowany horyzont punktami, które rosły z każdą chwilą, by w końcu przerodzić się w zgrabną sylwetkę, poruszaną skrzydłami w pełnej gracji. Siadały daleko, ponad 100 metrów lecz przynajmniej z dobrej strony. To dopiero początek, miejsca do wyboru dużo, może kolejni przybysze zbliżą się do mnie. W ten oto pełen napięcia sposób czekałem, aż cała żurawia świta wyląduje w swoim królestwie. Zlatywały się przez półtorej godziny.

171.
http://img812.images...05/58946302.jpg

172.
http://img855.images...48/22453271.jpg

173.
http://img696.images...89/78844425.jpg

174.
http://img836.images...03/21338270.jpg

175.
http://img35.imagesh...31/30626945.jpg

176.
http://img855.images...86/10241013.jpg

Zawsze zdawało mi się, że bacznie wybierają teren, że czujność ich nie opuszcza. Z przerażeniem obserwowałem jak całe stado kilkudziesięciu ptaków ląduje przede mną dobre 100 metrów, a część 200 metrów z lewej. Było już praktycznie czarno, jeszcze resztki podświetlonego nieba odbijała się w pasie wody, gdy dostrzegłem cztery lecące nisko żurawie. Szły maksymalnie 7, może 10 metrów nad ziemią. Każda sekunda przybliżała je błyskawicznie, skuliłem się by ukryć dłonie i oczy. Kiedy przelatywały nade mną usłyszałem szum wiatru między lotkami, wydawać by się mogło, że zdołałbym je dotknąć palcami, wręcz prześlizgnęły się nad moją głową, zatoczyły lekki łuk i usiadły nie więcej niż 30 metrów ode mnie z lewej strony. Serce chciało mi wyskoczyć z piersi i chociaż dla niektórych ta odległość może wydawać się niczym nadzwyczajnym, to ja poczułem że przełamałem kolejną granicę. Kolejną granicę ich intymności. Samiec szedł przodem prowadząc wyraźnie mniejszą samicę i dwa młode. Te wielkością nie ustępowały rodzicom, inna maść głowy, wydawała się lekko rdzawa. Dostojnie kroczyły brzegiem koryta zmierzając w stronę głównego stada. Miałem krótką chwilę nim oddaliły się na dobre.

177.
http://img705.images...15/78451268.jpg

178.
http://img810.images...89/32197153.jpg

179.
http://img200.images...45/58843849.jpg

180.
http://img405.images...35/34640437.jpg

Tego wieczora zrobiłem jeszcze kilka ujęć nim zapadły całkowite ciemności. Nie chciałem też wzbudzać specjalnych podejrzeń gwałtownymi ruchami obiektywu. Światło wschodu mogło przynieść zdecydowanie lepsze efekty. Zatem pozasłaniałem wszystko i pogrążyłem się we śnie. Budziłem się kilkakrotnie, dokuczało mi zimno, czułem jak chłód przeszywa stopy i palce u rąk. Silny boczny wiatr szarpał tropikiem, ze względu na swoje nieprzemakalne właściwości, cholernie szeleścił. Musiałem go częściowo rozpiąć wpuszczając strumień zimnego i sprężonego małym otworem powietrza. Ten uderzał w okolice głowy i mimo kominiarki szczelnie pokrywającej głowę, zimno szło dalej szczególnie mocno doskwierając w nogi i ręce. Zakryłem się drugim śpiworem. Przede mną jeszcze była długa noc. Wybiła w końcu 5.30, nadszedł czas na przygotowanie. Dochodziłem do siebie jakiś czas, oczy posklejane głębokim snem. Poranna toaleta i kubek herbaty. Świt mimo pozornie czystego nieba przykryła dziwna mgła, nie gęsta i nisko osadzona. Wydawało się, że sięga samego nieba. Światło dziwnie się rozszczepiało. Nie mogłem odnaleźć żurawi. Kiedy rozjaśniło się wystarczająco zobaczyłem jaka odległość nas dzieli. Grubo ponad 150 metrów. Może nawet ponad 200.

181.
http://img88.imagesh...08/24408254.jpg

182.
http://img88.imagesh...82/28561457.jpg

183.
http://img26.imagesh...18/98918395.jpg

184.
http://img543.images...36/64742818.jpg

To nie dawało zbyt dużych szans na jakiekolwiek ujęcie. Wiedziałem, że to moja ostatnia wizyta z nimi, wiedziałem, że już nie będzie nam dane w tym roku wspólnie nocować na osuszonym dnie zalewiska. Już więcej w tym roku miałem nie słuchać pięknego hejnału wzywającego wraz ze wschodem do pobudki. Dlatego też chciałem poczekać jak odlecą, by w ten symboliczny sposób pożegnać je, byłem im to winny. Niektóre zostały aż do pełnego wschodu, wtedy po krótkim rozbiegu wzbijały się w powietrze te przepiękne i mityczne ptaki, płonące od promieni wschodzącego słońca. Odlatywały, niektóre z nich może już do przyszłej wiosny, inne pewnie wrócą tu jeszcze i będą przez jakiś czas. To były dla mnie szczególne chwile, pełne gorzkich momentów, zwątpienia, ale również doznań, których opisać się nie da. Stałem się dzięki nim wrażliwszy na niektóre sprawy, jeszcze bardziej doceniłem życie. Teraz przeglądając materiał, oceniam go bardzo krytycznie. Ma jednak coś w sobie dla mnie osobistego, bo te ptaki nauczyły mnie niezwykłego poświęcenia i przełamania własnych granic, nauczyły mnie cierpliwości i tego jak ważne są więzy z rodziną, a to dopiero początek naszej znajomości. Ile się jeszcze mogę od nich nauczyć? Obym mógł się o tym przekonać.

#42 Podwyszyński

Podwyszyński
  • Lokalizacja:
    małopolska

Napisano 25 październik 2011 - 12:44

Wschód i zachód, niczym bracia połączeni nocą.

Skąd Ty bierzesz takie wyrażenia :-)

A tak na poważnie, jak wczytywałem się w książki Puchalskiego, tak wczytuję się w Twoje opowiadania. Wielkie brawa :bow:

Canon 300mm f4 non IS L + 40d + 7d

http://www.podwyszynski.eu/


#43 ciechus (Adrian Ciechanowski)

ciechus
  • Lokalizacja:
    Police

Napisano 25 październik 2011 - 14:03

obywatel, trzeba mieć talent żeby takie opowiadanie napisać,a ty z pewnością go masz.Twoje opowiadania robią naprawdę duże wrażenie,idealnie opisujesz klimat,można się poczuć jakby się tam było,na tym bagienku ;-)

Canon eos 400D+C 300mm f/4 L

http://fotografiaprz... ... strefa.pl/


#44 PeterBed (Piotr Bednarek)

PeterBed
  • Lokalizacja:
    Stalowa Wola / Kraków

Napisano 25 październik 2011 - 16:09

obywatel, jak wydasz kiedyś swoje opowiadania w formie papierowej to na pewno zakupię sobie tomik. Da się wczuć w klimat tych chwil czytając i oglądając. Gratuluję!

P.S. nad zdjęciem 135. jest literówka 'może' ;-)

#45 ryba

ryba
  • Lokalizacja:
    Mława

Napisano 25 październik 2011 - 17:19

Nie będę kłamał, że czytałem bo nie czytałem.
Ale od dawna stosuję przy oglądaniu zdjęć jedną prostą zasadę po prostu oglądam zdjęcie i stwierdzam czy mi się podoba czy nie.
Potem patrzę na detale, na to kto zrobił zdjęcie i w jakich okolicznościach.
Tu najbardziej mi się podobają: 126, 135, 139, 162, 183.
Moim faworytem jest 135. To zdjęcie jest magiczne.

#46 Marek1364

Marek1364
  • Użytkownik
  • 270 postów
  • Lokalizacja:
    Głogów/ Dolnośląskie

Napisano 25 październik 2011 - 17:26

Witam. Piękne opowiadanie ja przeczytałem całośc, bardzo wciąga jak się czyta. Takie spotkanie miałem nocy z dniem w PN Ujście Warty. Robi wrażenie.

Pozdrawiam
Mój Album MIX...
http://picasaweb.google.pl/marek1364
SONY A200 + 18-55/3,5-5,6 MFA 70 - 210 F 3,5-4,5...

#47 Tomek_K

Tomek_K
  • Użytkownik
  • 3087 postów
  • Lokalizacja:
    Mazowieckie

Napisano 25 październik 2011 - 18:09

Nie będę kłamał, że czytałem bo nie czytałem.


Dużo tracisz ;-)

#48 grabeer

grabeer

Napisano 25 październik 2011 - 18:28

powiem tak nie czytałem jeszcze czegoś tak ujmującego na tym forum ... siedzę sobie gdzieś w cieniu tego forum i czytam przeglądam a tu proszę ... taki rodzynek :)
chciałbym tak opisać stado sikorek przy mojej nowej czatowni ;)
....
.... ale polotu mi brak !
braaaawo i dzięki

#49 NiceDmg (Jakub)

NiceDmg
  • Użytkownik
  • 1290 postów
  • Wiek: 25
  • Lokalizacja:
    Malopolska

Napisano 25 październik 2011 - 18:31

obywatel, cudowne opowiadanie! Czapki z głów :hi:

#50 obywatel

obywatel
  • Użytkownik
  • 988 postów

Napisano 25 październik 2011 - 19:02

Podwyszynski, Ciechus, PeterBed, Ryba, Marek1364, Tomek_K, grabeer, NiceDmg, dziękuję wam za te słowa, opinie i wszelkie uwagi. Bez chcących zmierzyć się z moim tasiemcem, nie było by sensu go tworzyć. Bardzo się zatem cieszę, że znaleźliście tutaj własne przeżycia i emocje.

#51 piotr14 (Piotr)

piotr14
  • Lokalizacja:
    Pomorskie

Napisano 25 październik 2011 - 19:10

Właśnie przeczytalem foto-opowieść i jestem w szoku :shock: .Piękne opowiadanie i piękne zdjęcia :mbounce:

#52 chemik (Krzysztof Krahel)

chemik
  • Lokalizacja:
    Białystok

Napisano 26 październik 2011 - 07:55

Coś pięknego i do tego okraszone świetnymi zdjęciami. Jakbym był tam razem z Tobą...
http://chemik12.blogspot.com/
http://krahel.cba.pl/


Canon 40D + C 50/1.8 ,C 400/5.6, T 17-50/2,8

#53 pioterski

pioterski
  • Lokalizacja:
    małopolska

Napisano 26 październik 2011 - 11:20

Jak zwykle nie pozostaje nic innego jak tylko: :clap: :clap: :clap: :clap: :clap: :clap: .

#54 mmlolek

mmlolek
  • Lokalizacja:
    Wieruszów / Łódzkie

Napisano 26 październik 2011 - 17:17

obywatel, Pisałem Ja i wielu innych użytkowników forum ,że talent pisarski masz wielki.Podziwiam twój upór w dążeniu do celu,niejeden by się zniechęcił po jednym potknięciu,a co dopiero nocować gdzieś na odludziu na terenie zalewowym.Ja bym nie zasnął,bał bym się że mnie zaleje we śnie,lub coś innego.Musisz dobrze znać te tereny,że decydujesz się na takie zasiadki w takich warunkach.
Pozdrawiam serdecznie i życzę dalszych sukcesów. :super2:

#55 Arthus

Arthus
  • Lokalizacja:
    Serock i okolice

Napisano 26 październik 2011 - 17:33

:clap: Brawa za opowieść, wytrwałość i talent pisarski

Zapraszam na stronę: http://www.arturglogowski.com.pl/


#56 obywatel

obywatel
  • Użytkownik
  • 988 postów

Napisano 27 październik 2011 - 19:31

Bardzo dziękuję

#57 obywatel

obywatel
  • Użytkownik
  • 988 postów

Napisano 05 listopad 2011 - 08:25

"Spotkanie nad starym korytem"


Cierpliwość i dążenie do celu nagradza. To stara ludowa mądrość, jeszcze z czasów biblijnych. Dla mnie nie nabrała nigdy takiej siły jak podczas fotografowania przyrody. Ta wymaga prawdziwego poświęcenia, czasem dużą cenę trzeba zapłacić aby doszło do tego wymarzonego spotkania, a jeszcze większą by uzyskać oczekiwane kadry. To historia o dążeniu do takiego spotkania, a właściwie o skutku tych starań. Długie przygotowania i sporo strachu. Tak łatwo przecież ktoś może zniweczyć wszystko jedną chwilą.

Gdy dotarłem na miejsce, było dwie godziny do wschodu, zupełnie po omacku, otoczony mgłą poruszałem się do celu. Maszeruję całkiem swobodnie, przyzwyczajony do kilkunastu kilogramów ekwipunku, miałem tym razem zaledwie plecak, torbę, śpiwór kilka drobnych rzeczy. Noc była ciepła. Prognoza zapowiedziała bezchmurne niebo przez cały dzień. Teraz jednak kierując się do celu, nie widziałem nic. Nie było blasku księżyca, nie było blasku gwiazd. Nie było widać konturów starych olch, ani wielkich rolek z siana, które przecież mijałem zawsze po lewej. Cały świat skrywała dziwna aura. Nieco rozproszona ale sięgająca wysoko w niebo. Nie był to gęsty korzuch, którym powleczone są doliny rzek i trzęsawisk wczesnym sierpniowym świtem. Ta mgła przywodziła raczej na myśl coś nadprzyrodzonego, z innego świata, zesłana by pod jej osłoną ukryć jakieś złe moce.
Gdy dotarłem na miejsce zanurzyłem się w mroku swojego ukrycia, zasłoniłem drzwiczki i rozłożyłem rzeczy. Statyw, aparat, wszystko w ustalone miejsca. Na koniec śpiwór pod głowę, położyłem się najwygodniej jak można na wybitej deskami podłodze. To było niczym hotel, ciepła i sucha buda. Cóż za odmiana, po obrastającym w turzyce bagnisku. Zasnąć jednak nie mogłem, kawa i jakiś napój energetyczny wpędziły serce w istny galop.

185.
Dołączona grafika

Obudził mnie chłód. Leżałem na gołych deskach, powietrze nocy przedarło się przez ubranie i dotykało swoim zimnem. Łaskotało delikatnie ale z efektem, ciarki przeszyły ciało. Podniosłem się i zobaczyłem nadal pogrążony we mgle świat. Całość jednak opuścił granat nocy, teraz dominowała wisielcza szarość. Gdzieś wysoko na niebie zdawało się jakby błękit nieba nieśmiało przedzierał się przez tą mglistą zasłonę. Tam była piękna pogoda, ale czy wygra potyczkę z Panią mgłą? Rozpoczął się wschód. Spojrzałem na zegarek, kilka minut po szóstej. Siedząc tam w ukryciu, nasłuchiwałem pieśni wschodu i cieszyłem oczy tym niezwykłym widowiskiem. Gra świateł i taniec mgły. Przed budą zupełny spokój, liście jedynie wibrowały i kręciły się na drzewie migocząc figlarnie. Kiedy wiatr zwiał mocniej, część zmęczona tym najwyraźniej odczepiała się od drzew i opadała na ziemię. Wten usłyszałem znane formacje. Od południa nadciągały gęsi, słychać było ich gwar z daleka. Leciały na żer. Przeszły nad budą hałasując niemiłosiernie. Przerwał to kogut budzący do życia pobliskie gospodarstwa, wtórowały mu psy jazgocząc i szczekając. Tak właśnie przywitałem ten listopadowy poranek.

186.
Dołączona grafika

187.
Dołączona grafika

Minuty leciały nieubłaganie, mgła rozstępowała się, to był czas na nowy obraz, na nową poranną impresje. Słońce zaczęło wychylać się zza horyzontu. Na przedpolu nadal zupełna cisza. To wyczekiwanie przerwał niespodziewanie kruk. Z mojej prawej strony, na drzewie rosnącym tuż obok rozległ się jego niezwykły hymn. Gardłowe, ciężkie krakanie. Można tego słuchać bez końca i nie da się porównać z niczym innym. Połączone ciężką głoską „r” sylaby, zdawały się szarpać ciszą poranka. On jednak nie zabawił długo, nagle usłyszałem jak towarzyszące mu kraa, kraa, kraa oddala się na północny wschód. Czekałem więc dalej. Kruk wracał kilkakrotnie, za każdym razem głośno obwieszczając swoją obecność. Łoskot lotek mielących powietrze, niczym jeździec w szalonym pędzie i szum rozwiewanego płaszcza. Ciarki przechodziły przez plecy. Czarny był jednak niczym duch, niewidzialny dla moich oczu. Słyszałem go wielokrotnie, słyszałem jak przybywa ten władca nadwarciańskich stepów i słyszałem też jak odlatuje, nie widziałem go jednak ani razu.

188.
Dołączona grafika

189.
Dołączona grafika

Niespodziewanie do kruczego śpiewu, przyłączyło się jedyne w swoim rodzaju zawodzenie, przeciągłe, miauczące wycie. Myszołów siedział gdzieś z prawej strony, nie widziałem go lecz pomylić jego melancholijny, pełny dramatyzmu jęk nie sposób, przeciągnięte sylaby wyraźnie się różniły od sójczej imitacji. Potem cisza… Odleciały… Kruki i myszołowy.

190.
Dołączona grafika

191.
Dołączona grafika

Długie czekanie objęło to zapomniane miejsce. Godzina dziewiąta minęła bezpowrotnie. Zbliżał się czas pracy, jeszcze maksymalnie dwie i pół godziny i będę musiał wyjść. Kruk pojawił się znowu. Jak zwykle całkowicie znienacka. Znowu nawoływanie czarnego przybysza rozległo się nad starym korytem. Posępne i mroczne. Potem znowu cisza. Czekanie i wypatrywanie przez wziernik jakiegoś ruchu. Na przedpolu pojawiła się sójka, tylko na moment, przeskoczyła po gałęziach drzewa i zniknęła w gęstwinie olszynowego młodnika. Co jakiś czas ujadanie psów zlewa się w dziwny szczęk, odbijany echem od ściany drzew. Słońce wstaje co raz wyżej oświetlając okolicę swym blaskiem.
Nagle usłyszałem go znowu, nadciągał od południa. Krakanie zmieniało kierunek i natężenie, jest nade mną, za moment z lewej strony, by za chwilę być ponownie z prawej. On krąży. Przybysz uważany tak długo przez ludzi za wysłannika zła, zataczał teraz kręgi tuż nad moją głową. Zobaczyłem go przez ułamek chwili gdy prostując kurs począł się oddalać. Chwilę później zobaczyłem go znowu powracającego, leciał na linii drzew, prosto na mnie. Wtedy ujrzałem również, że nie leci sam. To był niezwykły widok, wręcz zapierający dech w piersiach. Kilkanaście kruków w luźnej formacji wypełniło horyzont. Szły kursem na mnie, niektóre głośno i ochryple dęły w powietrze. Przywodziło to na myśl najczarniejsze myśli lecz jak fascynujące. Czarny szpieg ściągnął całe stado jeźdźców. Obsiadły pobliskie olchy w grupach po kilka sztuk. Teraz rozległ się ich nieustający śpiew. Śpiew? Może bardziej narada, spotkanie, wiec. Bogactwo dźwięków, szczególnie słyszanych z bliska zadziwiała mnie całkowicie. Ja w tym małym, zamaskowanym pudełeczku, a nade mną czerń nuciła kruczą pieśń. Naliczyłem ich na pewno dwadzieścia siedem sztuk. Co jakiś czas, któryś zrywał się z drzewa by przelecieć tuż nad moją głową i wylądować na przeciwległych olchach, szum i gwizd lotek rozcinał zamaszyście powietrze. Słychać było rytmiczne uderzenie skrzydeł w lipcowym powietrzu, tak niespodziewanie rozświetlonym porannym słońcem. Nie upłynął kwadrans gdy do towarzyszącego splendoru dźwięków, doszedł jęk myszołowa. Powtórzył się w sentencji, po czym nałożył się z nim drugi. Są zatem dwa. Wtedy na przedpolu je zobaczyłem, w majestatycznym i pełnym gracji locie obwieszczają swoje przybycie. Przeleciały dwa, a potem zaraz trzeci. Emocje sięgnęły zenitu. Serce waliło, a drżenie nóg obezwładniło mnie całkowicie. Spokojnie, powoli – powtarzałem sobie. Czekałem cierpliwie, żadnych ruchów, nawet najmniejszych. Myszołowy zajęły stanowiska na olchach i obserwowały.

192.
Dołączona grafika

193.
Dołączona grafika

Pierwszy wylądował czarny, usiadł na środku przedpola i bynajmniej nie zamierzał jeść. Zwrócił się w moją stronę i spojrzał podejrzliwie, chwilę potem krok po kroku począł się zbliżać lustrując wystający obiektyw. Dreszcze przeszyły mnie jak noże. To niesamowite, obserwował budę z niezwykłym zaciekawieniem. W tym momencie wykorzystując czujkę kilka kruków usiadło nieopodal padliny. Zaczęła się uczta.

194.
Dołączona grafika

195.
Dołączona grafika

196.
Dołączona grafika

Momentami panował straszny harmider, dało się wyczuć panujące napięcie. Ptaki nadal były czujne. Wszystko przerwał lądujący myszołów, wtedy usłyszałem uderzenie w budę. Drugi myszołów odbił się od krawędzi frontowej ściany czatowni i dachu. On siedział na dachu! Zamarłem. Wspaniała sylwetka z rozpostartymi skrzydłami wypełniła wziernik, wylądował obok pierwszego. Ja nadal tkwiłem nieruchomo. Czułem się szczęśliwy. Czekałem na ten moment osiem miesięcy, tyle planowania, tyle przygotowań. Czekałem z utęsknieniem na spotkanie z krukami. Czekałem też na spotkanie z myszołowem i teraz napawałem się chwilą. Drapieżniki zwarły się w starciu, nastroszyły skrzydła i zaczęły się przepychać. Niczym gladiatorzy na antycznej scenie, kto będzie silniejszy? walka szybko została rozstrzygnięta, bo zwycięzca podszedł triumfalnie do zdobyczy, nakrył ją skrzydłami i zaczął rozszarpywać mięso. Obiektyw nadal spoczywał nieruchomo, zamarł we śnie. Czekałem cierpliwie, wiedziałem że łatwo było zniweczyć ten ptasi dar. Po jakimś czasie panowała już rozluźniona atmosfera. Kruki w strasznym pędzie dziesiątkowały mięso, widziałem że mimo przewagi czuły respekt przed lądującym myszołowem. Te zjawiały się na krótko i tylko dwa razy w pobliżu mnie.


197.
Dołączona grafika

198.
Dołączona grafika

199.
Dołączona grafika

200.
Dołączona grafika

To był jednak cudowny początek. Niespodziewanie chyba dla wszystkich pojawił się stały bywalec zapomnianego koryta – kot. Kruki usiadły na swoich olchowych strażnicach podrywając się z żerowiska nagle i w całkowitej zgodzie, myszołowy gdzieś się rozpłynęły. Kot podszedł z całkowitym, kocim spokojem i zaczął jeść.
Najodważniejszy czarny wylądował może dwa metry od niego. Podszedł blisko i zaczął nękać go swoją mroczną pieśnią. Niezwykły był to widok. Kot wydał się jednak niewzruszony. Do kruka dołączył drugi i teraz razem napastowały intruza. Co jakiś czas niskim lotem inne kruki starały się okazać swoją potęgę. Dobrze mu tak pomyślałem. Śmiech wypełnił milczące usta. O ile poprzednim razem jadł co najmniej trzydzieści minut, tym razem wytrzymał może dziesięć. Za moment znowu cała brygada czarnych płaszczy obsiadła rewir obiadu, wybuchały kłótnie i przepychanki. Kruki są jednak jedyne w swoim rodzaju. Bogactwo ich zachowań zadziwia i napawa uznaniem. Z prawej z olszynowego młodnika wyszedł myszołów, podszedł do padła, złapał nogą sporą porcje mięsa i począł ją na piechotę ciągnąć w zarośla. Czas leciał już teraz w błyskawicznym tempie. Praca zbliżała się niestety, a ja byłem świadkiem spektaklu marzeń. Sroki i wrony tymczasem dołączyły do obiadu, słońce stało już wysoko rzucając ostre i kontrastowe światło. Myszołowów widać nie było.

201.
Dołączona grafika

202.
Dołączona grafika

203.
Dołączona grafika

204.
Dołączona grafika

Z prawej strony usłyszałem głośne zawodzenie wron. W jednej chwili zniknęły sroki i autorki tego alarmu, za nimi poszły w powietrze krucze zastępy. Coś się wydarzyło! Coś co zauważyły wrony, bo to one podniosły ostrzegawczy ton. Nastała cisza, sroki i wrony umilkły w tamtym momencie również. Słyszeć się jedynie dało kruka gdzieś na czubku olchy. Krzyczał, niebezpieczeństwo! Rozejrzałem się uważnie. Po mojej lewej, jakieś sto metrów ode mnie, zobaczyłem go. Duży drapieżnik, wielkości myszołowa, ale smuklejszy, wyjątkowo wąski i długi ogon. Siedział na tle rozżarzonego nieba, nie widziałem barw. Mimo, że czas już było jechać do pracy, postanowiłem go wyczekać. Siedzieliśmy się więc obaj w bezruchu, ja i tajemniczy drapieżnik. Po trzydziestu minutach, kiedy już szyja ścierpła mi od wygiętej pozycji, zerwał się z drzewa i wszedł w przedpole. To jastrząb, młody jastrząb. Widziałem wyraźnie pionowe cętki na białym brzuchu. Szybkie uderzenia skrzydłami, widać było gdy leciał, że zwrotny i szybki z niego myśliwy. Przeciął powietrze i poszedł w szybkim locie na północ. Może skusiła go wizja sójki albo sroki? To było wspaniałe pożegnanie, obyśmy się spotkali któregoś dnia. Gdy wyszedłem na zewnątrz było południe, siedem godziny w małym Erewaniu domku, gdzieś na zapomnianym korycie.

205.
Dołączona grafika

206.
Dołączona grafika

207.
Dołączona grafika

Kruki odprowadziły mnie do samego samochodu, krążyły mi nad głową głośno krzycząc. Ostatnie spojrzenie na te niezwykłe ptaki i czas było jechać. Wrócić do świata ludzi, wrócić do pędu za mamoną, za „lepszym” życiem. Czy może jednak, być coś lepszego niż bliskość korzeni świata, bliskość natury i jej mieszkańców?

208.
Dołączona grafika

209.
Dołączona grafika

210.
Dołączona grafika

211.
Dołączona grafika

212.
Dołączona grafika

213.
Dołączona grafika

#58 Jarus (Jarosław Waligórski)

Jarus
  • Użytkownik
  • 466 postów
  • Wiek: 45
  • Lokalizacja:
    Poznań

Napisano 05 listopad 2011 - 08:56

Obywatel, piękne opowiadanie (jak zwykle), super fotki. Sezon drapolowy rozpoczęty w pełni, co? Przeczytałem, wypiłem kawkę i uciekam :mrgreen: .

Pozdrawiam!

Jarosław 'Jarus' Waligórski

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Nikon D7200, 18-105kit + 300/4 AF-S + TC 1.4, Manfrotto 190XProB+496RC2 + kompletny brak czasu :(


#59 Judyta

Judyta
  • Użytkownik
  • 2223 postów
  • Lokalizacja:
    Białystok

Napisano 05 listopad 2011 - 09:36

obywatel, po raz pierwszy przeczytałam Twoje opowiadanie i nie żałuję, masz prawdziwy dar. Zdjęć niestety nie udało mi się obejrzeć- coś mi wolno komp chodzi, ale później na pewno wszystkie się otworzą, gratuluję :clap:

#60 kasprzyk

kasprzyk
  • Użytkownik
  • 1059 postów
  • Lokalizacja:
    Chodzież

Napisano 05 listopad 2011 - 11:22

Świetnie się czyta, Twoje wyjścia z budy w czasie kiedy ptactwo żeruje napawa mnie optymizmem, ponieważ nie byłbym wstanie wytrzymać od świtu do zmierzchu. Ciekawe czy zadziałało by to w drugą stronę - wchodzę o 10-tej. wychodzę po zmroku, bo do 10-tej słoneczka mam zero.
pzdr
fotki robię: Olympus E3 i ZD 70-300
strona: www.fotochodziez.pl





Podobne tematy Collapse

  Temat Podsumowanie Ostatni post

Użytkownicy przeglądający ten temat: 0

0 użytkowników, 0 gości, 0 anonimowych