Skocz do zawartości

Fotoprzyroda.pl używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej. Dowiedz się więcej Rozumiem

Polub nas na Facebooku!       

x


Zdjęcie

Foto - opowieści


  • Zaloguj się, aby dodać odpowiedź
104 odpowiedzi w tym temacie

#1 obywatel

obywatel
  • Użytkownik
  • 988 postów

Napisano 30 sierpień 2011 - 13:41

Po pewnym czasie co raz więcej głosów pojawiło się, aby założyć oddzielny wątek, w którym swoje miejsce na pułkach znajdą przyrodnicze opowieści. Postanowiłem zatem wystąpić przed szereg i oto rozpoczynam wątek, w którym zapraszam wszystkich do wpisywania swoich przygód i opowieści, zdjęcia oczywiście również jak najbardziej mile widziane. Mam nadzieję, że nie przekroczyłem jakiś uprawnień otwierając ten temat. Serdecznie wszystkich zapraszam do dzielenia się swoją pasją i życzę jednocześnie mile spędzonych chwil w tym małym kąciku.

Jednocześnie pozwolę sobie zacząć wpisem z mojej małej eskapady w ostatnich dniach sierpnia. Może ktoś odważny dotrwa do końca :blush:



"W krainie białej Markizy"

1.
Dołączona grafika

Zatrzymałem się na chwilę i zamyśliłem się. Przez moment przeglądałem listę rzeczy w moim umyśle, sprawdzając czy wszystko na pewno spakowałem. Tym razem nie gonił mnie czas, nie poganiał mnie mający nastąpić wkrótce wschód słońca, nie ponaglała mnie zbliżająca się praca. Tym razem było tuż przed południem pewnego sierpniowego poniedziałku. Ta wyprawa miała być z goła inna niż wszystkie pozostałe. Ostatnio łamanie wypracowywanych zasad zaczęło wchodzić mi w krew. Eksperymentowanie jest złe? Na pewno nie, może przynieść niezwykłe rezultaty. Czoło zmarszczyło się głęboko, ujrzałem to kątem oka w lustrze, obok którego się zatrzymałem. Myśli leciały po spakowanym samochodzie przeglądając niczym rentgen każdą torbę. Aparat, dwa naładowane akumulatory, długie Tele, konwertery, szeroki kąt, pięćdziesiątka, wężyk, statyw, poziomica, pokrowce na szkła, filtry, dodatkowa pestka, kompas, dwie karty 8gb, zestaw do czyszczenia, ubrania na dwa dni, trochę jedzenia, wodery i lekkie buty, rękawice, kominiarka, latarka, termos, lornetka, worek marynarski z całym przenośnym hotelem, telefon, kluczyki, dowód rejestracyjny i trochę pieniędzy. Chyba wszystko - pomyślałem. Po drodze zabrałem jeszcze pałatki, w razie gdyby trzeba było dużo wcześniej przygotować miejsce pod namiot. Ruszyłem powoli, nie śpiesząc się, choć muzyka w radio i piękne słońce zachęcały do pędzenia przed siebie szybciej niż zwykle. Czekałem na tą chwilę i odliczałem dni, czułem że bardzo potrzebuję tej wyprawy, że muszę na te kilkadziesiąt godzin rozwinąć skrzydła, pobyć w samotności, żeby znów poczuć tęsknotę do ludzi. Najwięcej trudności przysporzyło mi rozplanowanie trasy i czynności, w czasie jaki miałem dany. Wbrew pozorom nie było to takie oczywiste. Miałem do dyspozycji jedno popołudnie, jeden wieczór, jedną noc, jeden poranek i jedno przedpołudnie. Samo włóczenie się po zakamarkach zalewu zdjęć nie przyniesie, przynajmniej nie takich, o jakie mi chodziło. Nie mnie w niektórych regionach kilka tygodni, nie wiedziałem, co mnie czeka, nie wiedziałem jak zmienił się biotop, jakie gatunki, gdzie i o której porze żerują. Same wątpliwości, mnóstwo pytań i nic pewnego. To jest właśnie kwintesencja fotografowania przyrody. Wielka loteria, gra, w której jedyną przewagą fotografa może być doświadczenie, wyczucie i trochę szczęścia. Cholernie mało mam tych atrybutów.

2.
Dołączona grafika

Doskonale znana mi trasa przelatywała przed oczami, słońce pięknie grzało, to było dziwne lato. Całe przepłynęło deszczowo, pochmurnie i z północnym wiatrem. Teraz na koniec sierpnia odezwało się pełną piersią, jakby chciało przypomnieć jaką może mieć siłę. Jeszcze 30 km i będę na miejscu. Umówiłem się z tatą, wspólnie mieliśmy wybadać dojście lądem do niezwykłej krainy, wśród gąszczu zalewisk, koryt, nurtów i plątaniny wszelkiej maści wierzby, trzciny, olchy i innych podmokłych roślin. Dojście lądem od wschodniej strony do starego cmentarzyska olch. Kilkanaście starych, uschniętych drzew, kontrastujących szczególnie mocno, na tle zielonego gąszczu otaczającej roślinności. Jedyne dotychczas znane mi miejsce, skąd mogłem fotografować ten obfity w gatunki zakamarek, było od strony zachodniej. Rankiem, kiedy tylko tarcza słońca wychyliła się znad ściany odległego wierzbowego lasu, uderzała we mnie całym impetem świetlistego blasku. Nęciła mnie perspektywa obejścia cmentarzyska od drugiej strony, tak aby wschodnie światło było moim sprzymierzeńcem, niech wstanie za plecami tak abym tą porę mógł w całości wykorzystać. Gdyby się udało, to właśnie tam zamierzałem spędzić poranek. Po drodze zwiedziłem jeszcze kilka miejsc, poza gołębiarzem przepędzanym przez stado szpaków nie widziałem nic ciekawego. Wszelkie życie schowało się przed żarem lejącym się z nieba. Gdy dojechałem na umówione miejsce tata już czekał. Na szyję tylko lornetka, nic zbędnego, nie wiemy przecież co nas czeka, nie wiemy przez co nam przyjdzie się przedzierać. Znając tatę, to łatwo nie będzie.

3.
Dołączona grafika

On już poznał dość dobrze ten nadwarciański labirynt , tą wręcz amazońską mikro-kopię. Nie przebijał się jednak w miejsce tak mnie interesujące. Krótkie spodenki i na to wodery. Temperatura w cieniu dochodziła do 30 stopni. Jest kwadrans po 14. Panuje prawdziwe piekło. Pot nęci najgroźniejszego przeciwnika - ślepaki. Tymczasem nieopodal, bociany białe urządziły rzeź na skoszonej łące. Kilkanaście sztuk penetrowało teren wśród ciągników i chłopów uwijających się z robotą. W to wszystko niczym klocki, wkomponowane były rolki ze skoszonych traw. Radosna i pełna sielanki wydała mi się ta scena. Zabawki małego chłopca rozstawione na dywanie, rolki, traktory i bociany. Na pewno w Tesco jest podobny zestaw do kupienia. Z przyczepki zdjęliśmy dętkę od kombajnu. Pływadło o średnicy prawie 1,5 metra. Do tego stelaż na siedzisko, wiosła i w drogę. Za niecały kilometr mieliśmy się przebić do pierwszej odnogi, z jej prądem będziemy penetrować dalsze rejony.

4.
Dołączona grafika

Kiedy zanurzyliśmy się w toń zarośli okalających miejsce naszego startu, z całą zawziętością uderzyły w na nas ślepaki, bąki, gzy i inne zastępy krwiopijców. Tych lubiących wilgoć, cień i zapach potu. Niemiłosierne ataki na wszystkie zakamarki ciała. Słychać ich było niskie buczenie, a przed oczami majaczyły nam ciemne punkty ich sylwetek. W pośpiechu nieostrożnie postawiłem stopę. Noga zapadła mi się za kolano w otchłani mułu. W nozdrza uderzył siarkowodór. Jak najszybciej wydostańmy się z tych krzaków - to była przewodnia myśl. Złapałem oddech i uspokoiłem się nieco. Zawsze na początku insekty wydają się nie do zniesienia, z czasem człowiek się przyzwyczaja.

5.
Dołączona grafika


Dopiero siedząc na pływadle taty, spływając z prądem wąskim korytarzem rzeki zobaczyłem, jaka dzicz panuje w tej okolicy. Co jakiś czas przed nami wybijała w powietrze czapla siwa, albo jej biała siostra, czasem nad głowami przeleciał bocian, czasem błotniak. Woda od ciągłych opadów przybrała brunatny odcień, nie widać było dna. Owady nie opuszczały nas na krok. Co jakiś czas schodziliśmy na ląd łącząc w myślach kolejne przebadane i sprawdzone odcinki, aby w ostatecznym zakończeniu połączyć w spójną trasę do miejsca przeznaczenia trasę, którą będzie można pokonać w woderach ze sprzętem na plecach. Początek zapowiadał sie doskonale. Mieliśmy doskonałe humory, słońce pięknie grzało, świat był cudowny. Poznaliśmy już dojście do pewnej znanej mi z widzenia łachy piachu. Dojście od wschodniej strony. Łacha stanowiła zwieńczenie szerszego rozlewiska, graniczyła z kilkunastometrowymi płyciznami, na które zapuszczały się ryby. Miejsce to często mijałem podczas moich spacerów w tutejsze okolice i za każdym razem, kiedy przechodziłem obok, płoszyłem tam czaple i kormorany. Teraz wiedziałem jak tam dojść od właściwej flanki, wiedziałem jak się zbliżyć do centrum ich łowiska. Wykorzystam tą wiedzę w przyszłym roku, jak wędkarze będą mieli zakaz zapuszczania się tutaj w poszukiwaniu ryby, teraz ich za dużo, przepłoszone jest wszystko, a okolica zdaje się drzemać w dziwnym letargu.

6.
Dołączona grafika

Czuliśmy się trochę jak odkrywcy, byliśmy w świecie gdzie mało kto trafił, gdzie niewiele osób w ogóle bywa, dzikie i niewielkie plaże co jakiś czas rozłożone nad brzegiem koryt, utwierdzały nas w tym spokojną i niezachwianą ludzką stopą piaszczystą powierzchnią. Czasem jedynie pozostałość po jakimś wędkarzu, podpórka pod wędkę, pudełko po białych robakach zakupionych w sklepie wędkarskim, albo tropy czapli czy sarny, czasem zdawało nam się, że również jelenia. Jak w odległej przeszłości, kiedy śmiałkowie szukali źródeł rzek Orinoko, Amazonki czy Nilu. Widzieli rzeczy trudne do opisania i do objęcia umysłem. Teraz była nasza kolej, odkrywaliśmy piękno dzikiej Polski. Odnaleźć przejście do cmentarzyska olch. Nikt z nas nie zwracał uwagi na czas, nie mieliśmy zegarka ani telefonu, nie mieliśmy ze sobą nic, gardła nam pozasychały, owady przestały nam przeszkadzać. Powoli ale sukcesywnie łączyliśmy dalsze odcinki zapuszczając się co raz dalej.

7.
Dołączona grafika

Nasz plan niestety tuż przed końcem pokrzyżowała odnoga, łącząca dwa większe koryta. Wartka i złowroga jak się okazać miało, choć na pierwszy rzut oka wyglądająca niewinnie. Nie była szeroka, najwyżej dwa metry. To jednak wystarczyło. Na całej długości głębokość była za duża. Głębia aż pod szyje, momentami kryło człowieka. Studnia z wartkim nurtem. Dno zasiane kołkami i starymi pniakami, wszędzie było ich tutaj pełno. Nieco rozczarowani popłynęliśmy dalej. Nie było możliwości dostania się w woderach, do miejsca które tak mnie przyciągało. Pozostanie dla mnie jeszcze niedostępne, jeszcze postanowiło nie ujawniać mi swoich tajemnic i nie wpuszczać człowieka przez swą bramę. Długo płynęliśmy z prądem, skręcając czasem w całkowicie surrealistyczne odnogi. Zdawały się swoją wielkością krzyczeć: pomyliłeś drogę, nie tędy wędrowcze! Tata jednak czuwał, wskazywał palcem że tylko tędy przebijemy się dalej, a ten szeroki nurt przed nami to ślepa droga, po 3-4 km ginie w gąszczu wierzbowego lasu, wtedy człowieka czeka mozolny powrót pod prąd. Po nieregularnym dnie to prawdziwa katorga. Zastanowiłem się ile czasu zajęło mu zbadanie tych terenów, ile razy musiał wpaść po szyję lub potknąć się o ukryty w odmętach korzeń? Czasem idąc po wodze sięgającej najwyżej kolan, tata oświadczał: tutaj zaraz będzie studnia. Po czym jego ciało, aż po sam czubek głowy chowało się w brunatnej wodzie niewielkiego koryta, o szerokości najwyżej półtora metra. Wychowałem się nad rzeką, trochę znam jak się układa dno w zależności od jej biegu, kierunku i zakrętów, potrafię dostrzec po załamaniach powierzchni, gdzie jest głęboko, gdzie coś leży na dnie, a gdzie będzie płytko. Tutaj jednak przyroda połamała wszelkie istniejące zasady, a pułapki takie jak ta studnia czyhały na nas z każdej strony. Momentami koryto przeradzało się w rozlewisko jak połowa boiska, woda wtedy ledwo przykrywała kostki, czasem z melancholijnie płynącej toni wystawały pstrokate kępy wodnych roślin. Takie miejsce również nauczyło mnie pokory, nieopatrznie postawiona noga i wessało mnie przykryte ogromną ilością mułu dno, zapadłem się do połowy uda, druga noga pod kolano. Poczułem wodę wlewającą się przez gumowy pancerz, skarpety zatopiły się w mazi, rytmicznie grającej, gdy stawiałem kolejne kroki. Gdybym był sam, pewnie bym zwątpił w racjonalność tej wycieczki.

8.
Dołączona grafika

Po prawie czterech godzinach dotarliśmy do samochodów. Ręce poprzecinane trzcinami, pokąsane przez owady, byłem brudny od mułu, szlamu i błota. Spocony, trochę zrezygnowany, nie udało nam się znaleźć tego co szukaliśmy. Jak wielu odkrywców przed nami, ponieśliśmy klęskę. Pożegnałem się z tatą, sam poszedłem zbadać łachę piachu, do której już znałem dojście od wschodniej strony. Niestety zamiast czapli, znalazłem kilku wędkarzy. Skierowałem się do samochodu! Odpaliłem silnik i ruszyłem przed siebie do miejsca gdzie odbyć się miało właściwe przedstawienie.

9.
Dołączona grafika

Słońce już wyraźnie położyło się na zachodzie, za godzinę miało się schować już na dobre. Świat zatopił się w tym poetyckim żółtym odcieniu, z każdą minutą przeradzającym się w czerwień. Niebo poprzecinani łunami światła dawało pewien obraz groźnego piękna. W powietrzu w oddali nad wierzbowym stepem, panował ruch. Ostatnie minuty żeru dla wielu łowców, wkrótce dla następnych miał nastać czas. Dla łowców nocy. Byłem w miejscu dobrze mi znanym, w którym spędziłem wiele wiosennych i letnich godzin tego roku, teraz jednak wszystko wydało mi się całkowicie inne, jak gdyby oczy okłamywały mnie samego. Woda ustąpiła wyraźnie odsłaniając niedostępny wcześniej teren. Niegdyś miejsca tętniące życiem, pełne kaczek różnej maści, perkozów, czy innego ptactwa. Teraz smutnie spoglądały na mnie osuszonym dnem, poprzecinanym tropami przedzierających się przezeń istot. Czy jesień i zima musi kojarzyć się z przemijaniem? Czy to cała medialna nagonka uczyniła z tych pór roku pewien synonim smutku? Nie do końca, te miejsca narodzin tak wielu istnień, z pełną brutalnością podkreślały smutny obraz nadchodzących dni, swoim obumierającym obliczem przyprawiały o dreszcz na plecach. Przy odrobinie szczęścia mogłem się zapuścić dużo głębiej niż zwykle, w samo serce gąszczu ukrytego dla mnie przez całe lato. Spojrzałem na rozlewisko szczególnie mi bliskie, gdzie tak wiele ujęć i godzin spędziłem w ukryciu, w zimnie i wilgoci. Teraz błotniste dno, wydęło swój brzuch. Przez środek natomiast toczył bieg jedynie wartki strumień, czasem jeszcze nie poddając się nieuchronnemu, tworzył niewielkie wodne ostoje, pełne narybku, płazów i owadów, pędzących przed śmiercią w najgłębsze miejsca jakie im jeszcze pozostały. Wkrótce i te miejsca wyschną, a wtedy błotniste dno zbierze swoje żniwo. Całość okolicy otulona była trzcinowiskiem, które eksplodowało w nieprzebyty gąszcz ponad dwumetrowej zielonej ściany. Ostre jak żyletka liście, szerokie były czasem na kilka centymetrów. Wiatr południowy falował tym zielonym murem trzcin i zarośli, wprawiając wszystko w rytmiczny taniec. Czas naglił, musiałem szybko zbadać teren i wybrać miejsce, nadchodzący świt nie może przecież się zmarnować.

10.
Dołączona grafika

11.
Dołączona grafika

Na pierwszy zwiad ruszyłem bez zbędnego obciążenia, jedynie lornetka i aparat. Czekało mnie ponad pół kilometra przez trzcinowy las, potem Bóg wie ile jeszcze po osuszonych, pełnych bagna jeziorkach. Idąc przecierałem szlak, szedłem kierując się jedynie punktami orientacyjnymi za mną, przede mną nie widziałem nic, nic poza bastionem zielonego muru. Trzcina zdawała się krzyczeć do mnie, zdawała się zabraniać mi się zbliżać, nie chciała wpuścić intruza do serca tego tajemnego świata. Momentami nie poddawała się mojej sile, miotała mną jak szmacianą lalką, przygnieciona stopą kępa zarośli, po chwili sprężynowała i odbijała z pełną siłą impet mojego marszu. Buty z łatwością zanurzały się w rozmokniętym błocie po kostki, czasem głębiej. Szlam, muł i glina jednak już nie chciały tak łatwo mnie puścić, spowalniały mnie, a ja wkładałem w pochód co raz więcej siły. Poczułem zmęczenie, brak solidnego posiłku zrobił też swoje, już ponad 8 godzin byłem w terenie. Zatrzymałem się na chwilę, ale nie widziałem za wiele, bo wszystko wokół przysłaniał trzcinowy las. Czułem jak ciało zlało się potem, przyśpieszył mi oddech. Dzień pełen wrażeń. Po jakimś czasie dotarłem do koryta, niezbyt dużego, płynęło wartko, musiało być podstawą do tworzenia się wielu jezior i rozlewisk na tym terenie. Poza tym koryto to świetny drogowskaz. Postanowiłem pójść pod prąd, jego brzegiem. Tutaj trzęsawisko jeszcze mocniej wchłaniało stopy i z jeszcze większą siłą je przytrzymywało. Czasem przecinałem jakąś odnogę ginącą w trzcinowej kępie, wtedy woda przykrywała mi nogi za kolana, czasem na pozór suche miejsce porośnięte jedynie rośliną o idealnie owalnych liściach, połykało mi nogę z taką siłą, że z trudem utrzymywałem równowagę. Kilkanaście metrów przede mną wzbiła się w powietrze czapla siwa i biała, wygięte w dół skrzydła, szczupłe sylwetki. Spojrzałem na nie z podziwem i szacunkiem, to wymagający przeciwnik. Fascynacja tymi ptakami przerodziła się w ostatnim czasie w ogromną potrzebę wykonania jakiś zdjęć tym ptakom.

12.
Dołączona grafika

13.
Dołączona grafika

W pewnym momencie wąski korytarz trzcinowiska rozstąpił się i wyszedłem na wielki plac, wielkości sporego domu. Pozostałość po jednym z setek jeziorek jakim poszczycić się może to zapomniane przez Boga dorzecze. Poszedłem jeszcze kilka kroków dalej gdy z mojej prawej, spod nasady trzcinowiska poderwał się do lotu błotniak. Podniosłem aparat i zrobiłem w pośpiechu kilka zdjęć. Odlatywał szybko, jak najszybciej od znienawidzonego człowieka, widziałem jednak że odlatując cały czas mnie obserwował. Głowa lekko skręcona, tak aby prawe oko mogło mnie widzieć. Przypomniałem sobie jaki kąt widzenia mają drapieżniki, nawet 340 stopni. Był przepiękny, jasnobrązowy pas przecinał ciemną głową, skrzydła z gracją odbijały powietrze. Kiedy tylko odleciał w siną czeluść zachodzącego dnia, zacząłem dokładnie badać to miejsce. Wydawało się być obiecujące. Sporo tropów, odchodów czaplich, a w pędzącym przez środek korycie dużo ryb. Nieco twardsza ziemia u nasady trzcinowiska dawała możliwość przygotowania stanowiska. Rozejrzałem się jeszcze raz i poszedłem dalej. Nieopodal bo zaledwie 30-40 metrów, była kolejna arena. Odrobinę inna od poprzedniej, większa przynajmniej o połowę, posiadała na samym środku wysepkę otoczoną fosą koryta, dużo głębszą niż korytko na poprzednim placu. Wysepka była aż zryta od świeżych tropów i przyozdobiona czaplimi odchodami. To miejsce również uznałem za dobre i jak zwykle w takich momentach, mój umysł wypełniły pytania i brak odpowiedzi. Próbowałem porównać oba stanowiska i ocenić je pod kątem założonego celu. Wróciłem po rzeczy. Zjadłem kawałek bułki, znowu poczułem się zmęczony, usiadłem na chwilę i zamyśliłem się patrząc na krainę rozciągającą się przed moimi oczami. Prawdziwe wodne stepy. Słońce położyło się tymczasem dotykając swoim płonącym okręgiem czubków najodleglejszych i największych wierzb. Tam gdzie moja noga nigdy jeszcze nie stanęła i niewiele ludzkich nóg mogło stanąć, tam gdzie tętno rozlewisk Warty biło pierwotnym rytmem.

14.
Dołączona grafika

15.
Dołączona grafika

Za drugim razem zabrałem jedynie torbę z namiotem, krzesłem, siatką, karimatą i ceratą. Chciałem rozstawić stanowisko nim zapadnie ciemność. Idąc, starałem się zapamiętać jak najwięcej szczegółów, jak najwięcej charakterystycznych punktów. Wiedziałem, że czeka mnie nie lada wyzwanie. Wstanę przecież jak będzie całkowicie ciemno i ruszę przez ten labirynt otulony płaszczem nocy. Będę musiał przebić się przez morze trzciny, wyższej ode mnie chyba o metr, zasłaniającej wszystko wokół i odnaleźć na obszarze co najmniej 10 hektarów plac o wielkości domku jednorodzinnego. Muszę przyznać, że to budziło moje największe obawy, dlatego idąc rozglądałem się wyjątkowo uważnie. W pewnym momencie uświadomiłem sobie z przerażającą trzeźwością, że ślepaków już dawno nie ma, że ustąpiły miejsca władcom zmroku, że teraz okolicą włada komar, a właściwie jego milionowa horda. Kiedy tylko maszerowałem przez bunowiska, nie mogły przytulić się do mojego ciała, liście sitowia biły bowiem mnie regularnie ze wszystkich stron skutecznie je odganiając, czasem też przy tym przecinając skórę. Moje ręce odkryte do tej pory, pokryły się czerwonymi liniami, a skóra przybrała ciemno szary odcień. Powoli stawałem się częścią tego świata. Doszedłem po pewnym czasie do pierwszego wytypowanego miejsca, tutaj zostawiłem torbę, przyjrzałem się jeszcze raz uważnie okolicy, oceniłem odległości i obejrzałem tropy, potem poszedłem na drugie stanowisko. Kiedy tylko rozchyliłem ostatni pas trzcin, niczym zasłony w babcinej werandzie, ujrzałem wzbijające się w powietrze czaple. Dwie siwe i jedna biała. Siedziały na wysepce otulonej fosą. Tak, tropy doskonale pokazały, że one tu bywają często, że jest duża szansa na nasze spotkanie, tak przeze mnie długo wyczekiwane.

16.
Dołączona grafika

17.
Dołączona grafika

Odprowadziłem je wzrokiem, piękne i majestatyczne, ich wąskie sylwetki zawsze wydają mi się nierzeczywiste lecz zarazem idealnie dobrane w swoich proporcjach. Widziałem mniej więcej w którym miejscu wylądowały. Poszedłem ich śladem. Znowu ściana trzciny, znowu labirynt. Kiedy dotarłem na miejsce zobaczyłem, aż pięć sztuk, białej nie było, same siwe paradowały w najlepsze po dnie osuszonego jeziora. Wzbiły się natychmiast, gdy mnie ujrzały i odleciały w stronę wierzbowego lasu. To miejsce było największe ze wszystkich, przynajmniej tak to wtedy postrzegałem. Nie było tutaj jednak wody, jedynie trzęsawisko. W niektórych miejscach charakter miejsca, podkreślał bąbel powietrza uwalniany z dna. Niczym gotująca się maź na zamkowym murze, w oczekiwaniu na szturmujących nieprzyjaciół. Przed oczami mignął mi kszyk, potem drugi. To miejsce wydawało się dla nich rajem, szczególnie teraz gdy mnóstwo mięczaków i skorupiaków zalega w trzęsawisku, niegroźnym dla masy kszyka. Gleba jednak w pewnym stopniu musiała być również przyjazna dla roślin, bowiem większość jeziora porastała świeżutka trawa, nierealna w swojej zieleni, nie pasująca do chylącego się ku żółci krajobrazu. Nie wiedziałem co robić. Myśli biły się we mnie z taką siłą, że nie mogłem ich uspokoić, jeden argument przebijał drugi. Uśmiechnąłem się do siebie, znowu dotknęła mnie kwintesencja przyrodniczej fotografii - cholerna niepewność, mnogość dylematów. Które miejsce powinienem wybrać? Mam tylko jedno podejście.

18.
Dołączona grafika

19.
Dołączona grafika

20.
Dołączona grafika

21.
Dołączona grafika

22.
Dołączona grafika
23.
Dołączona grafika

24.
Dołączona grafika

Namyśliłem się przez moment i wróciłem do pozostawionego bagażu. Wybrałem miejsce pierwsze. Tam postanowiłem ustawić stanowisko. Drogę tam znałem najlepiej, sam plac był też najmniejszy co dawało możliwość zdjęć na całym jego obszarze, w korycie były ryby, a obecność błotniaka musi mi przynieść szczęście. Rozstawiłem starannie namiot, wyłożyłem w środku ceratę i na to karimatę, rozstawiłem krzesło. Całość przykryłem siatką. Wyjąłem kompas i jeszcze raz sprawdziłem ustawienie. Wszystko było gotowe. Spojrzałem na zegarek, była 20.30. Przed odejściem poprawiłem trzciny okalające namiot, tak aby nie były ugniecione. Komary cięły niemiłosiernie, spocone ciało okrywał jedynie podkoszulek, długie spodnie i wodery. Stopy owinięte szmatami, żeby wchłonęło wodę, która nalała mi się podczas przeprawy z tatą. Czas był wracać. Kiedy szedłem do samochodu ponownie z niezwykłą starannością przyglądałem się drodze. Już za parę godzin czekała mnie przeprawa przez ten zielony raj w całkowitej ciemności. Przy samochodzie zapaliłem papierosa, ubrałem się grubo i poszedłem jeszcze na krótki spacer wydeptaną przez ludzi drogą, chciałem popodziwiać przegraną batalię dnia z nadciągającą nocą. Kiedy szedłem czułem jak komary uderzają mi w twarz, kilkakrotnie wleciały mi do buzi kiedy rozchylałem usta by zaciągnąć się papierosem.

25.
Dołączona grafika

Odkryte dłonie kąsały z niesamowitą zawziętością. Jestem przyzwyczajony do komarów, ale takiego natarcia nie przeżyłem od czasu wyprawy do Białowieży. Zaczynałem się zastanawiać czy wytrzymam w namiocie poranek i powitanie tej hordy cicho pojękujących skrzydełkami najeźdźców. Każdy moment postoju owocował w gęsto usiane wzory z komarzyc na moich spodniach. W kapturze głęboko naciągniętym na głowę nie słychać było brzęku skrzydeł, biło istne echo od kilkunastu co najmniej gości. Na komary oczywiście nic nie miałem, choć pewnie i tak bym tego nie użył. Wrzuciłem peta do butelki, którą zawsze noszę w spodniach i popędziłem do samochodu. Ciemność już całkowicie zalała okolicę. Niesamowita cisza napawała mnie tęsknotą za wiosennymi pieśniami ptasich zastępów. Wyjątkowe jest to jak życie się zmienia, jak czas zmienia życie, jak czas i życie zmieniają świat. Odwróciłem się w stronę, z której przyszedłem. Pobliską linię wysokiego napięci i podległe jej pole pokrywała czerń szpaków. Było ich tysiące! Zrobiło mi się smutno. Szykują się do odlotu, gromadzą się by podjąć tą najcięższą próbę w kilku tysięcznej eskadrze. Gęsto zaścielały co najmniej 30 metrów linii. Nagle ta cała gawiedź zerwała się w powietrze, plaga biblijnej szarańczy przysłoniła niebo. Szpaki gęsto utkane na połaci nieba przeleciały mi tuż nad głową, na niskiej wysokości. To jeden z tych widoków, które zapadają w sercu. Tymczasem ciemny karmazyn, chylący się w burgund skrył zachodnią stronę nieba. Zmierzałem do samochodu. Byłem od niego jakieś 50 metrów, nie widziałem go bo szedłem wzdłuż wysokiej ściany kukurydzianego pola, gdy moich uszu dobiegł potężny huk, podobny do odgłosu miażdżonej blachy pod impetem uderzenia. Serce mi zamarło! Nie zauważyli w ciemnościach mojego samochodu, albo specjalnie się dobijają. Pobiegłem! Samochód zastałem cały i zdrowy, poczekałem moment i w oddali z innego kierunku dobiegł mnie taki sam huk. To kanonada starszaków na polach uprawnych, przed nieproszonymi gośćmi. Tej nocy dźwięk wystrzałów miał mi towarzyszyć do końca. Zaiste dziwne i zarazem fascynujące uczucie mną ogarnęło. Spałem nieopodal pogrążonej w ciemnościach doliny, a tam gdzieś w mroku kryli się jej władcy, władcy za którymi tak podążam, niedostępni i niezdobyci w sercu swojego królestwa. Budziłem się wielokrotnie i choć samochód zapewnił ciepło i stosunkowo dużą wygodę, strzały targały mną co jakiś czas.

26.
Dołączona grafika

27.
Dołączona grafika

28.
Dołączona grafika

29.
Dołączona grafika

O 4.00 budzik zagrał nieznośnie, poczułem zniechęcenie. Tak dobrze mi się nareszcie spało. Z wielkim trudem podniosłem fotel i rozejrzałem się po okolicy. Cały świat okryła jedno z najpiękniejszych zjawisk w przyrodzie. Całun mgły gęsto zaścielał całą dolinę. Niczym gruby korzuch przytulony do trzęsawisk i trzcinowisk. Zdawało się jakby chciał ukryć tą plątaninę dziczy i życia przed ludzkim okiem. Poczułem dreszcz, mimowolny przebiegł od głowy aż po stopy. Jak ja odnajdę drogę w tym mleku? To była moja pierwsza myśl. Mgła była niezwykle gęsta, jak puszysta kołdra rzucona na świat. Wyszedłem z samochodu, stanąłem na moment próbując ocenić jak szybko zaczną zjadać mnie moi przyjaciele. Może kilka zaledwie komarów. Kropelki wody, które przyniosła mgła zniechęciły komarowe zastępy do wypadu na poszukiwanie krwi. To dawało duże szanse wytrzymania w budzie, o ile ją znajdę. Ubrałem na siebie wszystko co miałem. Podkoszulek, koszula, koszula z brezentu, podpinka, i długa kurtka za kolana z kapturem. Do tego grube spodnie, wodery, kominiarka i rękawice. Torba jedna i plecak. Czas było ruszać. Jeszcze poranna toaleta i w drogę. Uszedłem może z 20 m, kiedy mgła okryła mnie całkowicie. Strzelanie nie ustawało, co jakiś czas nowy ładunek odpalał się z pełną siłą, niosąc echo po okolicy. Do wschodu miałem ponad godzinę, wokół panowały ciemności, choć wschodnia strona nieba dostała lekko fioletowy motyw. Świat wokół był przepiękny, do tego stopnia, że nawet teraz pisząc te słowa widzę okolicę skąpaną we mgle pod sklepienie ozdobionym milionami gwiazd. W tym całym świecie jeden maleńki, nic nie znaczący człowiek z jakimś szalonym pomysłem przedziera się przez turzycowy gąszcz. Kiedy dotarłem do pasa trzcin serce zabiło mi mocniej.

30.
Dołączona grafika

31.
http://img713.images...78/80640614.jpg

32.
http://img692.images...63/42998914.jpg

To była pewna próba, ciężko to wyrazić, ale poczułem strach, poczułem samotność i marnotę człowieczeństwa w dzikim świecie przyrody. Początkowo szło naprawdę dobrze, widziałem wydeptany szlak z poprzedniego dnia. Po kilkudziesięciu metrach, stanąłem jednak w miejscu i rozejrzałem się wokół. Doznałem tego uczucia, jakie czuje człowiek w lesie, gdy pogubił kierunki. Nic wokół nie widziałem, mgła szczelnie wszystko okrywała. Wodery połyskiwały się zroszone obficie wodą z turzycowych liści. Dolna część kurtki również zamokła. Starałem się uspokoić. Stopy zapadły mi się w ciemności podłoża, to torfowisko przywitało mnie swoim wciągającym rytmem. Odbiłem w prawo na wschód. Szukałem koryta. Mijały minuty, poczułem że pot zaczyna zalewać mi skórę. Rozglądałem się uważnie próbując rozpoznać teren, nic z tego. Labirynt wygrywał. Co chwila przystawałem na moment, by potem bez większego pomysłu i w dziwnej panice ruszyć przed siebie. Spojrzałem wtedy prawdzie w oczy - zgubiłem się. Zastanawiając się dzisiaj nie wiem tak naprawdę ile błądziłem, czas zdawał się swym upływem kąsać dotkliwiej niż komary. Nagle upadłem, podparłem się ręką, która zapadła się w trzęsawisku. Stopy co raz bardziej tkwiły w uścisku bagna, a mgła zdawała się zacieśniać, jak gdyby nie chciała mnie dopuścić, nie chciała wydać tajemnic tej dzikiej krainy. W pewnym momencie trzcina rozrzedziła się, zrobiło się luźniej, a ja ujrzałem przed sobą koryto pędzącej wody. Poczułem potężną ulgę, serce waliło mi w piersi i trochę wtedy zachciało mi się śmiać. Czaple pewnie pękają ze śmiechu na wieść o dzielnym pseudo-przyrodniku. Teraz już musiało pójść gładko, kierowałem się wzdłuż koryta, woda z łoskotem szemrała o bruzdy niewymytego bagniska. Po chwili byłem na miejscu. Jak cudownie było zobaczyć mój mały zamaskowany domek na skraju tego zapomnianego przez Boga jeziora, a w zasadzie tego co po nim pozostało. Wszedłem do środka i usiadłem na krześle. Dokładnie spiąłem wejście, aby nie przepuszczało światła.

33.
http://img838.images...30/82327162.jpg

34.
http://img13.imagesh...56/23394565.jpg

35.
http://img198.images...98/34091243.jpg

Rozstawiłem sprzęt i rozejrzałem się przez dwa judasze, które miałem uwolnione od okalającej mnie siaty maskującej. Pierwsza pojawiła się czapla siwa, niespełna 30 minut od mojego wejścia. Zbyt wcześnie, zbyt ciemno. Dyskretnie włączyłem aparat, podkręciłem ISO do 2000 i sprawdziłem światłomierz, napis low sprowadził mnie szybko na ziemnie. Czapla wyłaniała się z mgły co raz bardziej, a ja mogłem tylko bezradnie podziwiać jej kunszt ewolucyjnej doskonałości, mogłem ją jedynie podziwiać gdy paradowała najwyżej 7-8 metrów ode mnie, przeczesując bijące koryto rzeczki. Co jakiś czas uderzała dziobem w szarą toń rozbryzgując krople wody na wszystkie strony, a ja upajałem się jej widokiem. Obiektyw ostrzyłem ręcznie, byle tylko się jej poprzyglądać. Było przed piątą, powoli światło pozwalało dostrzec zakamarki wybranej przeze mnie areny. Powoli zaczynałem dostrzegać więcej szczegółów. Czapla w pewnym momencie wyprostowała się jak sprężyna po czym podbiła skrzydłami i wzbiła się w powietrze w akompaniamencie swojego krakania. Było po wszystkim, zostałem sam. Skuliłem się na krzesełku, naciągnąłem dokładnie kominiarkę i zapadłem w ten niezwykły stan oczekiwania na coś. Coś co dokładnie nie jest określone, ale co ma mi dać poczucie spełnienia. Pewnego rodzaju eskalacji, czy uniesienia. Myśli wtedy człowiekowi przychodzą najdziwniejsze do ciasnego umysłu. Dominują oczywiście te o słuszności doboru miejsca i szansach powodzenia, szansach wykonania jakiegoś ujęcia. Zerknąłem na światłomierz, ISO nadal 2000, czas 1/15. Masakra! Niezwykle wolno oko zaczyna pracować co raz sprawniej, już widzę kres tętniącego niegdyś życiem jeziorka, już widzę wszystkie jego granice brzegowe, opatrzone gęstym murem trzcinowiska. Widzę nawet moje ślady z dnia poprzedniego. Mgła nada skrywa okolice, delikatnie odbija budzące się do życia światło. Poczułem, że powieka mi opada, poczułem się nagle okropnie zmęczony, adrenalina z porannej przeprawy opuściła mózg i żyły, do głosu zaczęło dochodzić zużycie energii. Myśląc nadal nad szansami powodzenia zasnąłem. Nie spałem długo, najwyżej kilkanaście, może dwadzieścia minut.

36.
http://img97.imagesh...58/64979423.jpg

37.
http://img825.images...70/86492389.jpg

38.
http://img842.images...14/45370427.jpg

39.
http://img825.images...41/87874042.jpg

Otworzyłem lekko powiekę i jakby w letargu ujrzałem oświetloną blaskiem porannego złota sylwetkę czapli siwej. Na najdalszej rubieży zbiornia, w najdalszym kącie, ale jest! Przyszła! Mgła dodawała niezwykłego uroku, czegoś nad wyraz magicznego, niczym legendarna kraina Wahalla. Tam gdzie dusze wikingów odchodziły na wieczność. Zaczęła kroczyć w moją stronę, czas był już wystarczający. Położyłem delikatnie rękę na spust migawki, dobrałem kadr i zacząłem fotografować. Zrobiłem kilka ujęć, gdy siwa rozłożyła skrzydła i potężnym wybicie z ziemi wyskoczyła w powietrze jednocześnie rozkładając swoje łukowato zagięte skrzydła. Odleciała. Co jakiś czas moich uszu dobiegało krakanie czapli, krążą po okolicy, chodzą w pobliżu i żerują. To dobra pora na ryby. Pomyślałem o drugim stanowisku, tym z wysepką. Na pewno jest ich tam teraz pełno! Może się przeniosę, może jeszcze nie jest za późno? Siedź głupcze - pomyślałem. Cierpliwość to cnota, ona jest podstawą wszystkiego. Dlaczego jednak tak krótko żerują? Widzą mnie? Może migawka je płoszy? Cholerny ciąg pytań, tak brutalnie obecny w takich momentach. Postanowiłem czekać i nie ruszać się z miejsca. W okolicy czapli jest mnóstwo, któraś musi w końcu przyjść. Spojrzałem na mglisty korzuch lekko przesuwający się ku górze, już spowijał czubki trzcinowiska, sunął po tym zielonym gąszczu jak gdyby jakiś olbrzym ciągnął ten puch gdzieś hen daleko. Widok był bajeczny. Poranne promienie słońca rozbijane w mikroskopijnych kropelkach wody, do tego te kolory. Jedyne w swoim rodzaju. Takie mgły to zwiastun jesieni. W takich momentach zawsze żałuję, że nie jestem na krajobrazie, chciałoby się uwiecznić ten piękny, pierwotny spektakl. Ja jednak siedziałem w ukryciu, zamaskowany ze wszystkich stron z nadziej, że siwe i białe władczyni tych topielisk, przybędą na ten malutki placyk, pusty od spętlonego turzycowego gąszczu. Tak mijały minuty, słońce zaczynało wzbijać się na niebie rozpędzając zastępy mglistego całunu, ten unosił się z każdą chwilą wyżej i wyżej. Walhalla przemijała. Czy ja naprawdę potrzebuję zdjęć? Jestem w tak pięknym miejscu, z dala od pędzącego świata i ryku miasta, z dala od problemów i cierpień ludzki, z dala od choroby jaką jest telewizja i medialna machina. Jestem tu gdzie chciałem, jest mi dobrze.

40.
http://img26.imagesh...32/12359007.jpg

41.
http://img43.imagesh...52/83013633.jpg

42.
http://img163.images...94/40463235.jpg

Tuż nieopodal zobaczyłem kątem oka ruch, skierowałem tam szkło i zobaczyłem skowronka. Przyszedł na poranną toaletę w wartkiej resztce tego co kiedyś było jeziorem. Skakał figlarnie bo błotnych bruzdach, by w końcu z pełnym oddaniem poświęcić się kąpieli. Potrząsał przy tym ogonem i skrzydłami, rozbryzgując wodę we wszystkie strony. Jak on skromnie umaszczony, jak zwyczajnie. Natura jednak wyposażyła go w inne atuty. Niepowstrzymany, czasem kilku minutowy trel różnych dźwięków, to najwspanialszy dźwięk dla ucha po długich odwiedzinach mroźnej zimy. Skowronek gościł nad korytem jakiś czas, po czym zniknął be śladu. Cieszyłem się z jego odwiedzin, jednak to nie na niego czekałem. Znowu zostałem sam. Nieopodal słyszę krakania, jakaś siwa prowadzi monolog. Spoglądałem co jakiś czas na lewą stronę, tam gdzie wypłoszyłem błotniaka poprzedniego wieczora. W oddali, jakieś 300 metrów przede mną, odbywała się zacięta pogoń dwóch siwych, jedna pędziła za drugą nie dając jej wytchnienia. Po cichu liczyłem, że ta przeganiana wybierze mój zakątek by schronić się przed prześladowcą. Widziałem jak zatoczyła w powietrzny krąg i dziobem skierowanym w moją stronę zaczęła zbliżać się obniżając jednocześnie lot. Skupiłem na niej wzrok, starałem się przewidzieć jej zamiar, tymczasem jej sylwetka schowała się za trzcinowym lasem okalającym górną część koryta, tego przy którym miałem stanowisko. Włączyłem aparat i wycelowałem szkło w przeciwległy wlot koryta na pusty placyk, tam gdzie korytarz utworzony z gęstych zarośli rozstępował się. Czekam i odliczam sekundy. Nagle jest. Łapię ostrość i walę krótką serię. 3 zdjęcia weszły nim siwa przeleciała kilkanaście metrów z mojej prawej strony, kierując się na pobliską arenę z wysepką. Cholera jasna! Mogłem się tam rozbić.

43.
http://img695.images...87/59640002.jpg

44.
http://img850.images...34/86282093.jpg

Po tych kilkunastu pełnych napięcia sekundach, znowu nastała cisza i pustka. Komary co jakiś czas natarczywie próbowały mnie podjeść, przy takiej jednak ilości nie robiło to na mnie najmniejszego wrażenia. Wczorajszy wieczór to miał siłę, teraz to zupełnie spokojnie dawałem sobie radę z tą przeciwnością. Najgorsze są zawsze wątpliwości, pesymistyczne pytania, choć z natury jestem optymistą. Po tylu razach, kiedy mimo wielu godzin wracałem bez jednego zdjęcia, tylko optymista nie straci zaparcia. Nie mniej jednak większe lub mniejsze wątpliwości pojawiają się co jakiś czas, zwłaszcza jak akcja ustała, a panująca cisza wręcz szarpie bębenki. Z tej filozoficznej zadumy wybił mnie pewien furkot, pomyślałem że to chyba były dźwięki tokowe kszyka, te które wydaje sterówkami ogona, ale o tej porze roku? Czy to możliwe? Niestety słuch nie jest moją mocną stroną i czasem nie do końca jestem pewien co słyszałem i muszę przyznać, że to był właśnie taki moment. Odgłos dobiegał ze stosunkowo dużej odległości, a całość rozpoznania utrudniał szum wody, która tworząc mini kaskadę na błotnych pułkach, szemrała, stukała łaskotała powietrze nieustającym tonem. Co jakiś czas tajemniczy jegomość powtarzał dźwięki, co raz bardziej przekonując mnie, że kszyk tokuje w ostatnim tygodniu sierpnia. Może nie używa tego furkotu jedynie podczas toków, może czasem załącza mu się na jakiś niewinny flircik, który nie ma na celu większej znajomości? Nie wiem ile czasu upłynęło, morale jednak zaczęło mi słabnąć, gdy niespodziewanie prawa flanka ożyła.

45.
http://img838.images...43/95186064.jpg

46.
http://img59.imagesh...36/73744534.jpg

47.
http://img577.images...42/52213472.jpg

48.
http://img842.images...57/85328902.jpg

Było tuż przed 8, ponad trzy godziny czatownia minęły gdy dostrzegłem wręcz mikroskopijny ruch, wręcz szpiegowskie skradanie tuż na skraju turzycowych porostów. Początkowo nie miałem pojęcia co tam się ruszyło, nie byłem nawet pewny czy na pewno się cokolwiek ruszyło. Zacząłem się bacznie przyglądać i nie upłynęła nawet minuty, jak ten skryty przybysz ujawnił się mym oczom. Przybysz wychylił się ostrożnie i poczynił kilka kroków wzdłuż granicy trzcinowego lasu, kroczył ostrożnie na wyjątkowo długich i umięśnionych nogach. Smukła sylwetka, szaro-brązowe ubarwienie, to kropiatka pomyślałem w pierwszym momencie. Nie wiele myśląc, przełożyłem szkło na lewy wziernik, wycelowałem i nacisnąłem spust migawki. Trzy szybki uderzenie rozbiły ciszę wnętrza namiotu, najwyraźniej całe zamieszanie wzbudziło podejrzenia tajemniczego gościa, bo niespodziewanie poczynił krok naprzód i natychmiast skrył się w odmętach zieleni. Spojrzałem na wyświetlacz, histogram, a potem samo zdjęcie, zrobiłem zbliżenie i zacząłem się zastanawiać. Miał zdecydowanie większy dziób od kropiatki, nieco inne umaszczenie, lecz bardzo podobna fizjonomia organizmu. To bardzo krótkie spotkanie, niezwykłe w swojej dynamice, mogło być pierwszym spotkaniem z wodnikiem jakie miałem dane przeżyć. W tamtych rejonach słyszałem je wielokrotnie, pamiętam jak pewnego razu kwik świni zagłuszał wszystko co było wokół, wiedziałem że skryty wodnik gdzieś tam przemierza najgęstsze plątaniny zarośli porastających brzegi jezior.

49.
http://img14.imagesh...82/61850787.jpg

50.
http://img33.imagesh...72/33255277.jpg

51.
http://img710.images...16/20526327.jpg

Nagle powierzchnie osuszono rozlewiska, niczym miecze przecięły dwa cienie. Spojrzałem w górę i zobaczyłem sylwetki, złowrogo lecące, kierowały się na zachód, charakterystycznie wygięte w dół skrzydła, smukłe ciała i długie nogi wyrzucone w tył. Pierwsza z nich pięknie odbijała światło budzącego się do życia słońca. To biała, za nią niczym cień siwa. Leciały w luźnym szyku. Nagle biała skontrowała pęd powietrza skrzydłami, zwiększając kąt natarcia, a nogi wyrzuciła do przodu. Schodziła do lądowania. Usiadła kilkadziesiąt metrów przede mną w górę rzeczki, przy której siedziałem, w miejscu gdzie oddzielała nas ściana trzciny. Siwa nie zniżyła lotu, poszła z gracją, dalej w dzikie ostępy warciańskich stepów. Pomyślałem o tej czapli białe, która w zasadzie po sąsiedzku wylądowała, istniała szansa że ona tu przyjdzie, muszę tylko być cierpliwy, muszę być spokojny, mam przecież czas. Jeszcze co najmniej 2 lub nawet 3 godziny mogę tutaj spędzić. Przeciwległa strona koryta w moim wyschniętym jeziorku skręcała ostro z koryta przynajmniej o 60, może więcej stopni, dalej już na moich obszarze rozlewała się w coś na kształt małego zalewu o sporej głębokości, spiętrzała to wszystko bruzda błota będąca bliżej mnie, przez którą wartko przedzierały się wody rzeczki, lecąc po błotnych kaskadach, by wreszcie spaść na niższy poziom i ustabilizować swój rytm. Tuż za tą mikro zaporą i na długości całej kaskady woda miała kilka, może kilkanaście centymetrów głębokości, biła wartko i żywo, szemrając przy tym rytmicznie i monotonnie.

52.
http://img580.images...61/27248876.jpg

53.
http://img192.images...45/41425418.jpg

54.
http://img694.images...59/86933796.jpg

55.
http://img26.imagesh...80/35996194.jpg

Tamto zalewisko, po przeciwległej stronie jeziorka, znajdujący się w odległości może 15 metrów ode mnie obfitował w życiodajne ryby, zblokowane błotną zaporą nie mogły się przedrzeć przez płytką kaskadę spływającą tuż nieopodal mnie. Niewielka głębokość była zbyt dużym przeciwnikiem. W zalewisku czekała je śmierć, bowiem z każdym dniem woda zmniejsza swój poziom, z każdym dniem jest większa szansa, że pojawią się one. Co chwila spokojną toń zalewiska, wielkości może 40 metrów kwadratowych, rozbijały spławiające się ryby. Biała ze swojej pozycji widziała to miejsce, widziała spławiające się ryby i to że tam jest na co polować. Nęciła ją zwirowana rybim tańcem toń tego małego zbiorniczka. Była od tego miejsca może 20 metrów, na prostym odcinku koryta, który przekształcał się w opisywany zalew. Mijały minuty, a ja na nią czekałem. Z lewej flanki pojawił się cień, potem sylwetka na niebie, przerzuciłem wzrok! To błotniak, mają tutaj swój rewir łowiecki, co do tego nie miałem wątpliwości, w notatniku odnotowywałem ich obecność na tym obszarze kilkanaście razy w ciągu trzech miesięcy. Widziałem jego jaśniej umaszczoną głowę, leciał nisko, tuż nad trzcinowym buszem. Długie, wąskie i szeroko rozpostarte skrzydła pięknie utrzymywały go w stabilnym locie, zaczął się zbliżać, leciał w moją stronę, z każdą sekundą bliżej. Miałem nadzieję, że może wyląduje, może skuszą go liczne płazy taplające się w nieskończoności otaczającego mnie bagna. Wleciał nad opustoszałe jeziorko, postanowiłem tkwić w bezruchu, tylko oczy zdradzały moją obecność, twarz skryta pod kominiarką, na którą był naciągnięty głęboki kaptur. Kiedy był kilka metrów ode mnie, podbił nagle lot i skręcił raptownie rozchylając sterówki ogona i kontrując skrzydłami, które załamały się pod kątem prostym do ziemi. Czy mnie widział? Ujrzałem go wtedy w całej krasie. Tak blisko błotniaka stawowego jeszcze nie widziałem, to w pewien smutny sposób zmienić się miało za jakiś czas, jeszcze tego samego dnia.

56.
http://img221.images...99/64861492.jpg

57.
http://img718.images...30/79340917.jpg

58.
http://img838.images...02/16664487.jpg

59.
http://img850.images...10/91207616.jpg

Spojrzałem na zegarek i poprawiłem się na krzesełku. Po niespełna czterech godzinach zasiadki pojawiła się oczekiwana czapla. Biała, która żerowała w górnym biegu koryta nieopodal mojego stanowiska, skusiła się wizją bijących w powietrze ryb znad niewielkiego rozlewiska. Pożałowałem wtedy, że nie rozstawiłem czatowni bliżej tamtego rejonu, tam jednak przez głęboką wodę, obecności tropów stwierdzić nie mogłem, nie mogłem wiedzieć że to miejsce jest szczególnie dla nich cenne. Serce zabiło mi mocniej, w zasadzie to waliło w piersi niczym młot kowalski. Nie dało się jej nie zauważyć. Nieskazitelny biały płaszcz pokrywał jej ciało, tworząc przepiękne linie i krzywizny układające się w zgrabną sylwetkę. Wiele osób się ze mną nie zgodzi, ale to jeden z najpiękniejszych ptaków jakie przebywają w naszym kraju. Wokół dominował ciemnozielony, przepleciony lekką żółcią jesiennego zwiastuna, z domieszką brązowych główek pałek wodnych i błotnistego podłoża dominat. Wszystko skąpane w świetle porannego złocistego światła, barwy szarości i zieleni, brązy i złota i nagle w tym wszystkim jasno, śnieżno biała postać królowej śniegu. Zgrabnie krocząca naprzód, niczym markiza wśród szarości dnia. Nareszcie po raz kolejny w moim życiu doszło do naszej konfrontacji, niezwykle uważne czaple doskonale obserwują teren jednocześnie wypatrując ofiar w odmętach wody. Najmniejszy błąd może spowodować spalenie sytuacji. Czy poczekać, aż zacznie żerować, czy poczekać aż się zbliży, czy może korzystać z sytuacji i walić seriami zdjęcia, tak długo jak się da? Mnóstwo pytań ponownie zapętliło się w moim opasanym kominiarką umysłem. Siedziałem w bezruchu, niczym duch, delikatnie przesunąłem rękę na puszkę. Światło było doskonałe, może nawet za mocne. Na szkle zapięty TC 14. Powoli, bardzo delikatnie zmniejszyłem ISO do 200, czas wynosił ponad 1/1000. Wyczekałem moment, aż skupi się na wodzie, aż wypatrzy swoją zdobycz.

60.
http://img689.images...15/86710104.jpg

61.
http://img29.imagesh...83/38718328.jpg

62.
http://img710.images...83/23509144.jpg

Wyraźnie to było widać, bo przebierała poziomo rozłożoną posturą ciała, pochylony równolegle do wody korpus drgał niczym w konwulsjach, a ona patrzyła bacznie wyciągając w przód szyję, esowato załamaną na dwóch stawach. Tułów dalej lekko podrygiwał, jak nogi u człowieka który ma skoczyć w przepaść na spadochronie, jedną nogę stabilnie ustawiła na dnie, druga noga dotychczas w połowie wyciągnięta zaparła się również, wszystko to żeby można było wyprowadzić uderzenie, żeby stabilne ciało mogło przenieść całość energii z dwóch szyjnych stawów, żeby całość energii poszła w cel położony kilkadziesiąt centymetrów pod wodą. Mimo załamania światła o powierzchnie wody, doskonale ocenia odległość. Ewolucyjna perfekcja. Nacisnąłem spust migawki. Czapla nie zaatakowała, nie odleciała, migawka rozpruła ciszę, w mojej świadomości wyjątkowo głęboką. Ucieszyłem się, serce zaczęło przyśpieszać, powoli co jakiś czas puszczałem pojedynczy strzał migawką, tak aby się przyzwyczaiła do dźwięku mechanicznych blaszek. Biała podążała naprzód, prostopadle do powierzchni mojego szkła, przedarła się na drugą stronę koryta i na przeciwległym brzegu raptownie skręciła i przyśpieszyła, pędząc w moją stronę.

63.
http://img189.images...64/50759093.jpg

64.
http://img832.images...57/96078597.jpg

65.
http://img571.images...88/17098078.jpg

Musiała zauważyć coś w wodzie, coś co warte było ryzyka jakie nieść mogła nowa konstrukcja, kilkanaście metrów od niej. Odwróciła się do mnie przodem, jej niezwykła sylwetka uderzyła mi w oczy, fantastyczna wręcz w swojej smukłej postawie. Niczym prehistoryczny stwór. Jej szyja wydała mi się jeszcze bardziej przeraźliwie długa, wąziutka czaszka i oczy skierowane do przodu. Nogi niczym trzciny nas okalające, może nawet szczuplejsze, czasem załamywały się pod niesamowitym kątem. Jedynie kolor, ciemno szary uświadamiał, że to nie jest element turzycowych lasów. Zaczęła śmiało podchodzić i zbliżyła się naprawdę blisko. Co jakiś czas bez entuzjazmu wsadzała dziób w bagnisko coś wyciągając, niewielkie były jej zdobycze. Wyzwalałem migawkę jak opętany, szły serie po 20 zdjęć, po czym czekałem aż bufor się naładuje. Karta szybko się zaczęła wypełniać, a ja poczułem się naprwdę dobrze. Nie przeszkadzało mi już teraz naprawdę nic, brak większego posiłku od 24 godzin, brak ciepłego napoju, brak papierosa. Nareszcie ją miałem obok siebie, białą, nieskazitelną w swojej czystości. Królowa śniegu do mnie przybyła. Podeszła może najwyżej na 8 metrów. Widziałem dokładnie każdy szczegół jej ciała. Żółte oczy i czarne źrenice, wdawały się całkowicie martwe, tkwiące w bezruchu. Czasem wiatr zadzierał jej szczelną śnieżno-białą pokrywę ciała, nadając jej groteskowej postury. Biała zbliżyła się, obeszła mnie na lewą flankę i poczęła się oddalać. Co jakiś czas przystawała aby spenetrować sadzawkę spotkaną na swej drodze. Pragnąłem uwiecznić moment ataku, prawdziwego ataku. Ten zdarzał się wyjątkowo rzadko, kiedy jednak już przychodził, zapierało dech w piersiach. Niestety szczęście nie sprzyjało i w takich momentach, czapla z reguły stała do mnie tyłem, bądź schowana była za pasem bunowiska. Karta zapełniała się systematycznie, a ja straciłem rachubę czasu. Byłem w siódmym niebie.

66.
http://img831.images...33/52482059.jpg

67.
http://img9.imagesha...79/57446304.jpg

68.
http://img830.images...64/26260436.jpg

Boże, jak ja kocham takie momenty, czasem mam wrażenie że żyję właśnie dla nich. Czuję się wtedy częścią ich świata, czuję się ich godzien, nie widzi mnie, jestem tuż obok, ale ona mnie nie widzi. Przechytrzyłem tego czujnego ptaka, jednego z najbaczniejszych jaki stanął na mej drodze. Niesamowita jest więź wytworzona przez takie sytuacje, tylko ja sam, samotny w swoim namiociku, a przede mną spektakl przyrody, taki jaki zapamiętam do końca życia. Czasem czuję się bliżej tego co dostrzegam, niż ludzi spotykanych w sklepie. Dziękuję, że mogłem tam być. Biała schowała się w korycie, poszła w górę rzeczki na dalszy żer. Zadowolony pozyskanym materiałem, czekałem dalej. Skuliłem się, myśli ponownie odpłynęły gdzieś w powietrze, do krążących co jakiś czas nade mną czaplich zwiadowców. Spojrzałem na zegarek, minęło już pięć godzin od mojego wejścia do namiotu. Jedynie głód szarpał mi żołądkiem, ten co jakiś czas wydawał burczący dźwięk na miarę jelenia byka. Zupełnie z zaskoczenia wyłoniła się z koryta ponownie biała postać. Znów rozpoczęła swój marsz po resztkach wodnych ostępów, a ja znów zacząłem szaleństwo fotografowania, założyłem kolejną kartę. Serie leciały po kilka, czasem kilkanaście zdjęć. Tuż za białą, która już w pełni zaszczycała moje szkła wyłoniła się kolejna. Miałem przed sobą dwie, piękne białe władczynie tego błotnistego świata. Pierwsza, która wkroczyła na rewir rozpoczęła czatowanie na większą zdobycz. Stabilnie rozstawiła nogi, jest tułów zaczął rytmicznie podrygiwać, długa szyja rozwinęła się niczym uliczny dźwig, jej oczy skupiły się na wodzie, a ja z palcem na spuście czekałem na odpowiedni moment. Nie mogłem zacząć za szybko, bufor się błyskawicznie wypełni i w odpowiednim momencie zabraknie siły w puszce. Czekałem zatem i pilnowałem każdego jej ruchu. Nagle jej szyja wystrzeliła niczym strzała z łuku, napędzana siłą mięśni dwóch szyjnych stawów. Oczy zamknęły się nagle, a głowa uwieńczona szpiczastym dziobem z impetem uderzyła w wodną toń. Siła spowodowała, że fala wody w kształcie okręgu otoczyła miejsce uderzenia. Po ułamku chwili wnurzyła się, woda skapywała z głowy niczym z woskowej powierzchni, nie wchłaniając się w szczelny pancerz piór. Siedzieliśmy tam we troje, ja z dwiema czaplami i nie mogłem się napatrzeć na ten spacer po nadwarciańskim bagnisku. Momentami kiedy tak dumnie stała, na wyprostowanych nogach, z wyciągniętą szyją, jej pióra pokrywające całe ciało układały się w idealny porządek, tworząc nie zachwianą niczym białą powierzchnię, bez jakiegokolwiek cienia. Wystarczył jednak podmuch wiatru, by niektóre z nich wyłamywały się z tego idealnego porządku i groteskowo odginały się na bok. Tak wiele aspektów z tego krótkiego przedstawienia urzekło mnie swym pięknem, swą niepowtarzalnością.

69.
http://img155.images...30/51784220.jpg

70.
http://img691.images...79/25434863.jpg

71.
http://img546.images...25/74622659.jpg

Czas mijał, a w zasadzie to pędził w jakimś szalonym biegu. Straciłem rachubę, bo gdy spojrzałem na telefon było po 10 rano. Siedziałem tutaj już prawie 6 godzin, ale warto było. Mimo, że zdjęcia na pewno mogły być lepsze, czułem się szczęśliwy, że mi się udało. Białe nadal były ze mną, choć dało się zauważyć, że wkradł się między nie jakiś niepokój. Jedna z nich podbiła się w powietrze i zaczęła przeganiać drugą. Przez moment w pełnej okazałości, ich nagle powiększone o rozłożone skrzydła sylwetki migały mi przed obiektywem. Naciskałem spust migawki, starając się uwiecznić jak najwięcej. Nie minęło 10 minut, gdy zostałem sam. Odprężyłem się wygodnie i poczułem, że napięcie spada. Mięśnie rozluźniły się, wyprawa się powiodła, czyłem się szczęśliwy. Czas był do domu, czas było opuścić to miejsce pod wieloma względami wyjątkowe. Wyszedłem z namiotu o 11, po 6,5 godzinach. Zebrałem sprzęt i ruszyłem w mozolny powrót, przez królestwo trzciny. Słońce było już wysoko, świat zalewał co raz większy żar bijący z nieba. Wybrałem nieco inną drogą, idąc przez ten gąszcz natknąłem się na leżącego błotniaka. Był martwy, szturchnąłem go nogą, a z środka wysypały się larwy niczym korale z pudełka. Zasmucił mnie ten widok, już nigdy miał się nie wzbić w powietrze, by popisać się swoimi akrobacjami. Ruszyłem dalej, do samochodu. Moja wyprawa dobiegła końca. Jeszcze ostatnie kroki w królestwie markizy, jeszcze ostatnie spojrzenie na ukochaną dolinę. Jakby na pożegnanie zobaczyłem w oddali sunącą białą sylwetkę. Po tej ekspedycji poczułem jeszcze większy szacunek do tych ptaków. Na pewno się spotkamy.

#2 ciechus (Adrian Ciechanowski)

ciechus
  • Lokalizacja:
    Police

Napisano 30 sierpień 2011 - 13:46

No,wreszcie jest co czytać :-D Dobrze że zrobiłeś oddzielny wątek na takie opowieści ;-)

Canon eos 400D+C 300mm f/4 L

http://fotografiaprz... ... strefa.pl/


#3 PeterBed (Piotr Bednarek)

PeterBed
  • Lokalizacja:
    Stalowa Wola / Kraków

Napisano 30 sierpień 2011 - 19:11

obywatel, ta opowieść jest niesamowita! Szczerze mówiąc to przez nick i avatar oraz to jak piszesz mam wrażenie, że czytam teksty Obywatela, tyle, że dosłownie o przyrodzie. Tutaj tekst genialnie komponuje się ze zdjęciami :bow:
A co do zdjęć - świetne, poza jednym - bardzo dużo przepałów. Chyba lepiej byłoby odjąć troszkę EV przy naświetlaniu takich białych modeli ;-)

#4 obywatel

obywatel
  • Użytkownik
  • 988 postów

Napisano 30 sierpień 2011 - 19:46

Cieszę się, że Ci się podobało. Faktycznie zdjęcia przepaliłem, zniknęły szczegóły upierzenia :oops: . Następnym razem będę pamiętał o kompensacji ekspozycji. Teraz popróbuję powyciągać coś z negatywów.

#5 PatrykGala

PatrykGala
  • Lokalizacja:
    Złotów

Napisano 30 sierpień 2011 - 19:47

obywatel, fajne zdjęcia, czytanie tekstu mnie przerosło ;-) Ale w zimowy wieczór wrócę do tego.
Patryk, Pozdrawiam

#6 Podwyszyński

Podwyszyński
  • Lokalizacja:
    małopolska

Napisano 30 sierpień 2011 - 19:53

Specjalnie zrobiłem sobie dwie herbaty, żeby to przeczytać, i nie żałuję, kolejny udany "tasiemiec" :thumbsup:

Trudno coś tu teraz wrzucić, jak narzuciłeś taki poziom :oops:

Canon 300mm f4 non IS L + 40d + 7d

http://www.podwyszynski.eu/


#7 Judyta

Judyta
  • Użytkownik
  • 2223 postów
  • Lokalizacja:
    Białystok

Napisano 30 sierpień 2011 - 20:18

obywatel, co do zdjęć- jest co oglądać , są bardzo dobre, pewnie by były jeszcze lepsze gdybym od razu przeczytała twoją foto- opowieść ale to może innym razem choć muszę przyznać że lubię taki opowieści.

#8 obywatel

obywatel
  • Użytkownik
  • 988 postów

Napisano 30 sierpień 2011 - 20:38

Patryk i Judyta trzymam was za słowo :-P, jak tylko spadnie śnieg i zacznie słońce szybciej zachodzić, zapraszam was ponownie . Wiem, że troszkę za długo to poleciało. Podwyszyński nie przesadzaj, choć miło się zrobiło - czekam na Twój rewanż.

#9 PatrykGala

PatrykGala
  • Lokalizacja:
    Złotów

Napisano 30 sierpień 2011 - 20:43

obywatel, że niby mam coś napisać? ;-) Ciężko raczej. Ale może kiedyś spróbuję.
Patryk, Pozdrawiam

#10 obywatel

obywatel
  • Użytkownik
  • 988 postów

Napisano 30 sierpień 2011 - 20:49

Założyłem ten temat właśnie po to, żeby się próbować w tej materii. Zatem liczę na wielu chętnych.

#11 maciosek

maciosek
  • Użytkownik
  • 144 postów
  • Lokalizacja:
    Gliwice

Napisano 30 sierpień 2011 - 21:17

Łolaboga, ale pięknie! Czytając twój tekst czułem się jakbym tam był i zamarzyłem o takich przygodach. Więcej takich tekstów! Zdjęcia super, tylko faktycznie sporo przepałów ale to nic- tekst wszystko rekompensuje .
Zapraszam: http://mieszalski.wordpress.com/
D90, N 70-300 vr, N 18-55 Dobry koń i z błota ruszy :)

#12 Bebo

Bebo
  • Użytkownik
  • 65 postów
  • Lokalizacja:
    Sosnowiec

Napisano 30 sierpień 2011 - 22:53

Bardzo lubię czytać Twoje opowieści, a i zdjęcia także niezłe.
Pozdrawiam Bogdan

#13 gruber16 (Grzegorz Burkowski)

gruber16
  • Lokalizacja:
    Dolina Baryczy

Napisano 31 sierpień 2011 - 02:19

bardzo fajna fotoopowieść,gratuluję i czekam na kolejne :mrgreen:

#14 enkoder (Paweł)

enkoder
  • Użytkownik
  • 1329 postów
  • Wiek: 45
  • Lokalizacja:
    Wrocław, Krzyki

Napisano 31 sierpień 2011 - 07:07

obywatel, bardzo słuszna decyzja, że założyłeś ten temat. Twoje opowieści czyta się jak dobrą książkę przyrodniczą, gratuluję również udanych zdjęć.
Dobrze jest mieć takiego obywatel-a na forum :-D

#15 fotomarys (Marian)

fotomarys
  • Lokalizacja:
    kraków

Napisano 31 sierpień 2011 - 16:26

obywatel, gratuluje wspaniałego wątku oraz udanych zdięć.myślę że wielu się ucieszyło ;-)

NIKON D300s + sigma 500/4,5 + sigma70-200/2,8EX II MACRO, Manfrotto 501HDV


#16 bemol

bemol
  • Użytkownik
  • 446 postów
  • Lokalizacja:
    Łódź

Napisano 31 sierpień 2011 - 17:30

obywatel, wątek genialny, opowieść wciągająca (specjalnie zrobiłem sobie kawę, ale okazało się, że jedna nie wystarczy - teraz nie wiem jak zasnę po dwóch porcjach kofeiny). Są na forum osoby z talentem pisarskim, więc mam nadzieję, że dołączą do Ciebie i swoje wyprawy będą opisywać w tym wątku. To będzie mój ulubiony wątek.

#17 mmlolek

mmlolek
  • Lokalizacja:
    Wieruszów / Łódzkie

Napisano 31 sierpień 2011 - 17:53

Macie talent obywatelu,nie zmarnujcie go :mrgreen: .
Pozdrawiam

#18 obywatel

obywatel
  • Użytkownik
  • 988 postów

Napisano 31 sierpień 2011 - 19:09

Serdecznie wszystkim dziękuję.

#19 kulek855

kulek855
  • Użytkownik
  • 2042 postów
  • Lokalizacja:
    Z lasu

Napisano 01 wrzesień 2011 - 15:47

Nareszcie ktoś założył ten wątek na, który czekałem parę miesięcy. Będzie co czytać na jesień :)

ARTLIMITED

Vanitas vanitatum et omnia vanitas.


#20 michalv (Michał Vogelgesang)

michalv
  • Lokalizacja:
    Ostrów Mazowiecka

Napisano 06 wrzesień 2011 - 21:20

Wątek jest dla wszystkich. Nie krępujcie się :-)

Sprzęt: NIKON D300; 18-70DX; Tamron 150-600; SIGMA 50/2.8 MACRO, SIGMA 10-20, AF-S 300/4 1.4 1.7
Moja wizytówka






Podobne tematy Collapse

  Temat Podsumowanie Ostatni post

Użytkownicy przeglądający ten temat: 0

0 użytkowników, 0 gości, 0 anonimowych